Odpowiadając na pytanie z nagłówka, można by zaryzykować stwierdzenie, że właściwie nagrody kulturalne w ogóle nie są potrzebne, bo więcej z nich szkód niż rzeczywistych korzyści.

Wcześniejsze ogłaszanie listy nominowanych do nagrody nastawione jest na współzawodnictwo i podsycanie emocji wokół konkursu. A i wybór jury poprzedzony zażartymi (podobno) dyskusjami, które owiane są tajemnicą, nie budzi najlepszych skojarzeń. Zawsze istnieje ryzyko podejrzeń o to, że członkowie kapituły komuś szczególnie sprzyjają albo z jakiegoś powodu zależy im na utrudnianiu drogi do sukcesu jakiemuś niesfornemu pisarzowi. W końcu nie od dziś wiadomo, że obiektywizm nie istnieje, a względy osobiste czy ekonomiczne mogą skutecznie zaważyć na wyborze. Poza tym samo jury zostało już przez kogoś wybrane i można się tylko głośno zastanawiać, czy rzeczywiście zawsze są to właściwe osoby. Za każdą nagrodą stoi przecież jakiś sponsor, który chętnie powiększa własny autorytet, angażując się w kulturę. Co więcej, wśród wielu fundatorów istnieje zapewne pokusa cichego narzucania standardów kulturalnych – dzięki świadomemu wykorzystaniu wyróżnień nie trudno o uzyskanie instytucjonalnego monopolu. Takie osoby czy instytucje nazywa się czasem funkcjonariuszami albo urzędnikami kultury. W efekcie werdykt, który powinien obwieszczać dobrą literaturę, okazuje się nieraz czymś zgoła odmiennym. A co gorsza, nagrody te najczęściej aspirują do wyznaczania kanonu, który być może w ogóle nie powinien istnieć?

Tego typu negatywne założenia można by mnożyć, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nagrody literackie to, koniec końców, niezbyt dobry pomysł i być może najwyższa pora zrezygnować z tego typu laurów. Wyróżnienia kulturalne od zawsze prowokują okazję do debat nad celnością werdyktów jury oraz wątpliwym prawem niektórych sponsorów do kształtowania sfery, w której upatrują dla siebie jedynie zysków – ekonomicznych czy symbolicznych.

19 maja, tradycyjnie na Warszawskich Targach Książki, ogłoszono nominowanych do dwóch ważnych nagród literackich: „Nike” i „Gdyni”. Ranga obu wyróżnień jest na tyle duża, że trudno nie zauważyć ich istotnego wpływu na kształtowanie trendów we współczesnej literaturze polskiej. Porzuciwszy na chwilę wszystkie wątpliwości związane z ideą nagród kulturalnych, a w szczególności tych literackich, zastanawiam się nad tym, jakie realne korzyści ze wspomnianych konkursów płyną dla zwykłego czytelnika, a więc takiego, który nie zajmuje się literaturą zawodowo. Pozostawiam więc na boku kwestię praw, którymi rządzi się rynek czy temat ekonomii prestiżu, który w zajmujący sposób poruszył swego czasu James English1.

I tak, po prześledzeniu nominacji na obu listach, dochodzę do dwóch, przyznaję – niezbyt odkrywczych, wniosków. Przede wszystkim czytelnik, który zazwyczaj szuka lektur na empikowych półkach z bestsellerami, ma wreszcie szansę trafić tam na pozycję spoza kategorii poradników, seryjnych czytadeł dla kobiet czy kiepskich kryminałów. Dzieje się tak dlatego, że książki zarówno zwycięskie, jak i te jedynie nominowane do „Nike” lub „Gdyni”, często trafiają na witryny popularnych księgarń po otrzymaniu nominacji – co nie jest wcale łatwą sprawą, oczywiście przede wszystkim ze względu na koszty. Zdarza się bowiem, że wybór jury pada na te teksty, które ukazały się w niszowych wydawnictwach. W tym roku są to na przykład Sztuczki Joanny Lech (wyd. Nisza), Koło miejsca/Elementarz Krzysztofa Siwczyka (wyd. Muzeum w Gliwicach) czy Serce Radki Franczak (wyd. Marginesy). Można by jednak zapytać, dlaczego literatura wybrana przez jury (co do którego sama mam przecież wątpliwości) miałaby być lepsza od tej, którą proponują wielkie sieci? No cóż, kapituła, choćby najbardziej skorumpowana i nieobiektywna, musi utrzymywać pewien poziom, który zapewnia nagrodzie literackiej rację bytu, podtrzymuje sens jej istnienia.

Druga korzyść dla czytelnika wiąże się poniekąd z pierwszą: chodzi bowiem o zwrócenie uwagi na te gatunki, które rzadko pojawiają się na półkach księgarń ze względu na ich niski nakład i słabnącą od lat popularność. Mowa oczywiście o takich formach jak liryka czy esej. A trzeba przyznać, że szczególnie poezja ma się u nas naprawdę dobrze, jeśli idzie o jej poziom – sądzę, że wiele osób zgodziłoby się ze stwierdzeniem, że mamy w Polsce znacznie lepszych poetów niż prozaików. Niezmiennie uważam, że każda promocja tego gatunku jest dobrym pomysłem. Wspomnienia osób, których dziadkowie albo rodzice cytowali z pamięci długie frazy ulubionych wierszy, brzmią nieco sentymentalnie, a myśl o upowszechnieniu się takich nawyków jest chyba nazbyt idealistyczna. Ale a nuż? Tegoroczne nominacje obfitują w pierwszorzędne tomy poezji. Warto tu wymienić chociażby Włos Bregueta Jacka Podsiadły czy Nie dam ci siebie w żadnej postaci Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.

Tak więc, jak mówią, każdy medal ma dwie strony.

 

 

1James F. English, Ekonomia prestiżu. Nagrody, wyróżnienia i wymiana wartości kulturowej, przeł. Przemysław Czapliński, Łukasz Zaremba, przedmowa: Przemysław Czapliński, Wyd. Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013.

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz