Najnowszy film Raoula Pecka, choć nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy Pełnometrażowy Film Dokumentalny, finalnie nagrody nie zdobył. Najwyraźniej Akademia uznała, że czym innym jest docenienie obrazu pokroju „Moonlight”, a czym innym byłoby uhonorowanie „I Am Not Your Negro”. W pierwszym przypadku mamy gest czystej poprawności politycznej, w drugim – przyznanie reżyserowi racji.

Przy okazji ostatniej gali rozdania Oscarów wiele mówiło się o tym, że właśnie nadszedł czas, kiedy to czarnoskóra społeczność Ameryki zyskała ważny głos w wielkim przemyśle filmowym. Wspomniany już „Moonlight” czy „Fences” zyskały dużą aprobatę publiczności i krytyków. Problem tylko polega na tym, że to filmy tworzone przez tę społeczność dla tej społeczności. Powstawały latami i tylko zbieg okoliczności sprawił, że ujrzały światło dzienne w zeszłym roku. Do ich popularności zdecydowanie też przyczyniła się właśnie rozpoczęta prezydentura Trumpa.

O przełomie w kwestii kinowego rasizmu będziemy mogli mówić wtedy, gdy takie filmy, jak siódma część Star Warsów nie będą powstawać. Co jest z nią nie tak? Fakt, że scenarzyści dali nam tam postać kobiecą, umieścili ją w środku i zrobili z niej bohaterkę równoprawną z Lukiem Skywalkerem – super. Genderowo i feministycznie poprawne zagranie. Szkoda tylko, że w tym samym filmie postać czarnoskórego chłopaka była wykorzystana głównie w celu tworzenie humorystycznych gagów. Kilka osób zwróciło na to uwagę, ale w sumie można powiedzieć, że sytuacja przeszła bez echa. Imperium Hollywoodzkie zwyciężyło.

Mając na uwadze ten kontekst, nie trudno zauważyć, że „I Am Not Your Negro” to dzieło niewygodne. Film Raoula Pecka pokazuje nam prawdę, która dla nas, Europejczyków, będzie dobrym wprowadzeniem do rozmyślań i refleksji, ale za to we współczesnej Ameryce może wywołać poważną dyskusję – a ta oznaczałaby przyznanie się do faktu, że problem istnieje, a tego chyba nikt nie chce. Okazuje się bowiem, że teksty spisane i głoszone czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu, nie straciły nic ze swojej aktualności. Refleksje Jamesa Baldwina, bo to on jest tutaj twórcą słów służących za narrację, równie dobrze mogłyby powstać pięć minut temu. Przerażające jest to, że Ameryka z problemem rasizmu nie potrafi sobie poradzić. Można nawet odnieść wrażenie, że nie do końca próbuje.

Peck stworzył dzieło formalnie nienaganne. Jego reżyserski kunszt widać w każdej scenie, a warto wspomnieć, że są to głównie zdjęcia i nagrania archiwalne, trochę współczesnych. Połączenie jednak tych dwóch, czasowo odległych od siebie światów, napawa przerażeniem. Nie ma żadnego zgrzytu pomiędzy głosem Samuela L. Jacksona a zdjęciami współcześnie tłumionych protestów. Należą one bowiem do jednej narracji. Opowiadają tę samą historię, mniej lub bardziej zakamuflowanych, rasistowskich konfliktów.

Mimo że zapowiadaną główną osią filmu miały być życiorysy Medgara Eversa, Malcolma X i Martina Luthera Kinga, to jednak nie one wychodzą na pierwszy plan. Owszem, w swoich notatkach Baldwin o nich wspomina, ale ich działalność, a potem tak samo śmierć, są tylko pretekstem do snucia rozbudowanej narracji o losie czarnoskórej społeczności amerykańskiej. Z zaledwie trzydziestu stron luźnych notatek Baldwina Peckowi udało się stworzyć dzieło kompletne, dać pisarzowi nowy głos, brutalnie uwspółcześnić – albo po prostu przypomnieć – jego słowa.

 

„I Am Not Your Negro” – reż. Raoul Peck, USA/Francja/Belgia/Szwajcaria, 2016

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz