Katarzyna Rosłaniec uraczyła nas właśnie swoim nowym filmem. Po głośnych „Galeriankach”, a potem „Bejbi blues”, przyszła kolej na „Szatan kazał tańczyć” – kolejny obraz opowiadający historię młodej dziewczyny. Trochę zagubionej, trochę z problemami, trochę szurniętej, trochę próbującej normalnie funkcjonować. Trochę nie wyszło.

Karolina (Magdalena Berus) jest młodą pisarką. Ma za sobą głośny debiut i chyba szuka pomysłu na następną książkę, oddając się licznym imprezom, na których nie brakuje alkoholu i narkotyków. W międzyczasie dostaje stypendium w Berlinie i szuka tam dla siebie lokum – ciekawy ma na to sposób, skupia się tam bowiem głównie na kupowaniu kokainy od lokalnych dilerów. Wolny czas dzieli pomiędzy swojego chłopaka Marcina (Łukasz Simlat) a kochanka Leona  (Tygo Gernandt) – ten drugi jest swoistą wariacją na temat Terrego Richardsona – fotografa słynącego głównie ze zdjęć roznegliżowanych gwiazd i skandalu obyczajowego sprzed kilku lat.

Trudno się połapać w fabule tego dzieła. Być może to kwestia jego konstrukcji, która zostaje zdradzona w zapowiedzi przed seansem: „film ten składa się z kilkudziesięciu dwuminutowych sekwencji, które można dowolnie składać, tworząc za każdym razem tę samą historię” – ambitnie. I w sumie zadziałało, bo za każdym razem dostajemy równie bezsensowną opowieść. Nic się ze sobą nie łączy, w sensie przyczynowo-skutkowym, bo wizualnych i werbalnych analogii pomiędzy kolejnymi sekwencjami jest mnóstwo. Tylko że to nie wystarczy do stworzenia dobrego filmu. Kadr zredukowany do wersji kwadratowej też nie jest potrzebny – chyba że uznamy go za nawiązanie do podtytułu „sex, drugs & Instagram”.

Zarzucić nic nie można obsadzie – Bierus co prawda po raz kolejny odgrywa tę samą postać, ale jest w tej roli całkiem wiarygodna. Matkę głównej bohaterki bezbłędnie zagrała Danuta Stenka, a ojca Jacek Poniedziałek. Nasz ekranowy Richardson też się broni. Tylko że nawet najlepsi aktorzy nie nadrobią braku scenariusza.

Kilkadziesiąt posklejanych scen, które cechuje podobny klimat, ale również brak jakiejkolwiek, choćby bardzo okrojonej, narracji. To trochę jak zbiór filmików udostępnionych na Instagramie. Można próbować tego bronić, że właśnie taki był zamiar – może i był, ale ktoś tu poległ na jego realizacji. Jeżeli życie dzisiejszych młodych ludzi polega tylko na fragmentarycznym korzystaniu z otaczającej ich rzeczywistości, to ja nie chcę na tym świecie żyć. A mam wrażenie, że pani Rosłaniec właśnie tak widzi pokolenie dzisiejszych nasto- i dwudziestolatków – jako średnio bystrą gromadę zniszczonych używkami osobników, którzy nie bardzo wiedzą, czego od życia chcą.

Widzów swego filmu reżyserka traktuje z resztą tak samo – jej sugestie i nawiązania są, delikatnie mówiąc, toporne. Scena, w której zdradzona jest nam geneza tytułu, została nakręcona tylko w tym celu. Nic mniej, nic więcej. Nie rodzi się z niej żaden wątek. Poimprezowe poranki oglądamy przy akompaniamencie Placebo – czyżby ktoś tu sugerował, że również Brian Molko swego czasu interesował się narkotykami? Ciekawe. Ja to bym od razu jakąś Winehouse czy Joplin wrzuciła. Przynajmniej należą do elitarnego Klubu 27. A przecież nasza główna bohaterka też trochę chce się w  nim znaleźć – jej główny problem polega na tym, że w sumie to jeszcze niewiele dokonała, a góry koksu i rekreacyjne rzyganie średnio pomagają.

Z jednej strony mamy więc łopatologiczną wykładnię nawiązań, z drugiej autorka nic nam nie mówi o bohaterach. Kim są, skąd przybyli, dokąd zmierzają? Może Rosłaniec powinna pozostać przy projektowaniu kostiumów? Bo to mocny punkt tej produkcji. Szkoda tylko, że jedyny.

 

zdjęcie główne: kadr z filmu „Szatan kazał tańczyć” – reż. Katarzyna Rosłaniec, Polska/Szwecja/Niemcy, 2017

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz