Irańsko-francuski thriller, który niedawno wszedł na ekrany polskich kin, okazuje się świetnym bodźcem uruchamiającym ważną dyskusję. Nie chodzi tu jednak ani o specyfikę życia w Iranie (dyskretnie zobrazowaną przez rodowitego Irańczyka), ani o istotny wątek obyczajowy, który występuje w filmie. Właściwie nawet kwestia formalnych rozwiązań zastosowanych w „Kliencie” – a więc filmie, jakby nie patrzeć, nagrodzonym Oscarem dla najlepszej produkcji nieanglojęzycznej – wydaje się z mojej polskiej perspektywy, nie aż tak znowu nurtująca.

To, co w z związku z filmem Asghara Farhadiego najbardziej zastanawia, to jego dystrybucja w naszym kraju, a dokładnie – polskie tłumaczenie tytułu, które jest w tym wypadku czymś więcej niż tylko nieudanym popisem fantazji anonimowego speca. Arabski oryginał wypuszczono bowiem pod nazwą „Forushandeh”, co znaczy, uwaga: sprzedawca! Nie wiem, w jakim kierunku zmierzamy, ale chyba nie jest najlepiej, skoro do niedawna wiele polskich tytułów zagranicznych filmów było zwyczajnie komicznych, a obecnie stają się one już zupełną odwrotnością tych oryginalnych. Sprawcy tej zaskakującej gafy okazali się więc niechcący całkiem twórczy, ponieważ udało im się skierować wymowę filmu na zupełnie inne tory – czyli, bądź co bądź, stworzyli całkiem nowy obraz. Być może stwierdzono, że jury na Festiwalu Filmowym w Cannes musiało się pomylić, przyznając nagrodę za najlepszy scenariusz właśnie Farhadiemu.

Każdy tytuł w pewnym stopniu uprzystępnia odbiorcy dzieło – mniej lub bardziej zwraca uwagę na jakiś aspekt fabuły, konkretny motyw albo przynajmniej konwencję. Tak więc, jeśli „sprzedawcę” wymienimy na „klienta”, to nieoczekiwanie z drugoplanowej postaci uczynimy głównego bohatera. Najważniejszą postacią u Farhadiego jest komiwojażer Emad (stąd w wersji angielskiej tytuł brzmi „The Salesman”), natomiast w polskiej wersji tytuł nakazuje nam skupić się na jednym z bohaterów, który jest klientem pewnej prostytutki. Jest to o tyle kłopotliwe, o ile w trakcie seansu wielu widzom będzie towarzyszyło nieznośne uczucie, że coś się w tej historii nie zgadza albo oni zwyczajnie nie zrozumieli zamysłu reżysera. Cały kłopot polega jednak na tym, że tytuł tego filmu jest wyjątkowo ważny, nie tylko z tego względu, że wskazuje na główną postać, ale dlatego, że jest bezpośrednim nawiązaniem do innego dzieła. Uznanie dla filmu Farhadiego nie wynika bowiem z faktu, że ten nakręcił dobry dramat obyczajowy. Gdyby nie to, że twórca podjął udaną grę z innym utworem – a mianowicie z dramatem Arthura Millera o znamiennym tytule „Śmierć komiwojażera” (ang. „Death of a Salesman”) – to wyszedłby mu zapewne niezwykle nudny, i z całą pewnością przydługi, film o kłopotach Emada i jego małżonki, które pojawiają się po tym, jak pewnego dnia kobieta zostaje napadnięta przez nieznajomego. Przewijające się w całym filmie długie sceny kręcone w ponurych wnętrzach kamienicy oraz powracający wątek przedstawienia teatralnego, w którym główne role grają Emad i jego żona Rana, nabierają znaczenia tylko wtedy, gdy odniesienia do sztuki Millera, są dla widza zupełnie jasne.

Małżeństwo z filmu Farhadiego występuje bowiem w amatorskim teatrze, który wystawia „Śmierć komiwojażera” – para wciela się w tym spektaklu w postaci głównych bohaterów tej sztuki: Lindy i Willy’ego Lomanów. Willy jest obwoźnym sprzedawcą, nieradzącym sobie w rzeczywistości, którą rządzi pieniądz. Mężczyzna czuje się zmęczony życiem: nieustanne problemy finansowe i w końcu utrata pracy sprawiają, że po raz kolejny targnie się na swoje życie. Słynną sceną sztuki Millera jest moment, w którym Linda wygłasza przejmujący monolog nad trumną męża:

Dziś zapłaciłam ostatnią ratę za dom. Dziś, kochanie. I w tym domu nie będzie nikogo. (zaszlochała) Nie mamy już długów – jesteśmy wolni. (płacze, wreszcie może płakać) Jesteśmy wolni!

Wszelkie skrótowe opisy tej sztuki wypaczają jej sens, poprzestanę tu więc na stwierdzeniu, że Miller w swoim dramacie oskarżył bezwzględność niektórych mechanizmów kapitalistycznych, które zepchnęły człowieka na margines i pozbawiły go godności. Natomiast irański twórca podjął ożywczą polemikę z motywami millerowskimi, dzięki czemu „The Salesman” to film niezwykle symboliczny – nastawiony na wytrawnego widza, oczekującego od kina czegoś więcej niż jedynie rozrywki. Ostrzegam więc: niech polski tytuł was nie zwiedzie! Film Farhadiego ma nam do zaoferowania znacznie więcej niż wydawało się polskiemu dystrybutorowi, który zwyczajnie wykazał się przykrym dyletanctwem.

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz