Jay-Z jest wciąż królem, ale gdy myślę o raperach, którzy odkrywają nowe lądy, Kendrick Lamar i Chance the Rapper robią niesamowite rzeczy – powiedział Barack Obama zapytany w wywiadzie radiowym o najważniejszą postać w hip-hopie. Mając do wyboru Kendricka i Drake’a – muszę wybrać Lamara. Drake wyróżnia się, jeśli chodzi o zabawianie ludzi, ale Kendrick… jego słowa, jego ostatni album był wyjątkowy. Najlepsza płyta roku. Zaraz po tym Obama zaprosił Lamara do Białego Domu, gdzie rozmawiali o polityce społecznej USA.

Prezydent z uwagą wsłuchujący się w hip-hop? W Ameryce nikogo to nie dziwi; szczególnie jeśli mówimy o Baracku Obamie, który zrobił tak wiele, aby wprowadzić ciemnoskórych artystów do kultury powszechnej. Najwybitniejsi, najlepiej posługujący się słowem przedstawiciele czarnej społeczności nie są literatami (jak w tradycyjnych białych elitach), ale raperami oraz komikami. Legendarny stand-uper Dave Chapelle wrócił z wieloletniego urlopu, aby tydzień po ostatnich wyborach skomentować w „Saturday Night Live” prezydenta Trumpa i dziedzictwo Obamy. To, że mówił to z żartami i w programie satyrycznym, ani trochę nie umniejsza wartości czy głębi jego spostrzeżeń. Zresztą niechęć młodych czarnoskórych chłopaków do akademickich autorytetów (która była tematem rozmowy Lamara z Obamą) pojawia się w nowym utworze Kendricka „XXX”:

Johnny don’t wanna go to school no mo’, no mo’

Johnny said books ain’t cool no mo’ (no mo’)

Johnny wanna be a rapper like his big cousin

Johnny caught a body yesterday out hustlin’

Tematów w tej piosence jest co najmniej kilka, ale główna linia fabularna osnuta jest wokół historii dzieciaków, które zamiast uczyć się, wolą zostać raperami lub gangsterami – co prowadzi do przelewu krwi. Wciąż jest to dla nich łatwiejsza droga do sukcesu.

Piszę o tym wszystkim, żeby pokazać, jak istotnym kulturowo dziełem jest nowa płyta Kendricka Lamara. „Damn.” należy czytać równie uważnie jak dzieło literackie czy esej lidera politycznego. Dlatego dziwią mnie słowa Jarosława Szubrychta, poważnego przecież dziennikarza muzycznego, który napisał na swoim Facebooku: Kendrick Lamar feat. U2 chyba wolałem czasy, kiedy raperzy, żeby podkreślić swoją pozycję, fundowali sobie brylantowe siekacze. Jestem największym fanem U2 i chciałbym podziękować Kendrickowi, że po raz pierwszy od kilku lat znowu ten zespół znaczy coś w poważnej muzyce – cieszę się, że biorą udział w projekcie tak istotnym dla współczesnej kultury. Z drugiej strony nie mogę zrozumieć narzekań malkontentów, którzy bali się, że Lamarowi ta współpraca nie wyszłaby na dobre, bo takie myślenie o U2 jest tak samo pozbawione sensu. Kendrick nie zaprosił na płytę zespołu z memów, ale prawdziwe legendy muzyki zaangażowanej, zespół, który nagrał najważniejsze płyty swojego pokolenia. Dlatego chciałbym pokazać, jak ważne są związki U2 z Kendrickiem, oraz przypomnieć, jakich konkretnie wątków u nich szukał, z którego roku działalności irlandzkiego kwartetu.

I can’t sugarcoat the answer for you, this is how I feel:

If somebody kill my son, that mean somebody gettin’ killed.

1983

Długo przed narodzinami większości dzisiejszych hejterów zespołu U2 wydało swoją trzecią i przełomową płytę „War”. Jednoznacznie punkową i wypełnioną wściekłymi protest songami, na czele z „Sunday Bloody Sunday” będącym boleśnie aktualnym komentarzem do wojny domowej w Irlandii – o tym, jak mieszkańcy tego samego miasta tak łatwo zabijają się nawzajem.

Yesterday I got a call like from my dog like 101

Said they killed his only son because of insufficient funds

1985

Następna płyta – „The Unforgettable Fire” to zwrot w stronę artyzmu i bardziej ułożonego, mistycznego brzemienia, ale wciąż znalazło się miejsce na aż dwa utwory inspirowane postacią Martina Luthera Kinga, bojownika o prawa czarnych: MLK i być może największy przebój zespołu – „Pride (In the name of love)”.

America, God bless you if it’s good to you

America please take my hand

1987

Powiedzieć, że Kendrick Lamar porusza w „XXX” kwestię nielegalnych imigrantów to banał, ale Irlandczycy są tak samo rdzennymi mieszkańcami USA, jak czarnoskórzy niewolnicy. U2 nagrało już całą płytę z perspektywy zachwyconych Ameryką migrantów – „The Joshua Tree” inspirowane muzyką country i pejzażami pustyni. Za chwilę U2 jedzie w trasę koncertową z okazji 30-lecia wydania tego albumu. Zupełnie niepotrzebna celebracja, ale trzeba przyznać, że Ameryka zmienia się i warto porównać ich wcześniejszą opowieść z tym, co dzieje się dzisiaj.

Donald Trump’s in office, we lost Barack and promised to never doubt him again

1991

Na trasie promującej płytę „Achtung Baby”, U2 nieustannie prowokowało – zarówno muzycznie, prezentując zupełnie odmienne dla siebie taneczne brzmienia, jak i politycznie, co noc wydzwaniając (w trakcie koncertu!) do prezydenta George’a Busha seniora. Podczas kampanii do Białego Domu wspierali wtedy młodego kandydata Demokratów, Billa Clintona, i wrócili do tego nazwiska w ubiegłym roku. I nawet zeszłoroczna, oczywista krytyka Donalda Trumpa wyszła U2 bardzo zgrabnie, gdy podczas koncertu w Las Vegas sięgnęli po wizualne szaleństwo ZOO TV.

It’s not a place

This country is to be a sound of drum and bass

You close your eyes to look around

1993

Kolejną, jeszcze bardziej eksperymentalną, płytę U2 („Zooropa”) kończy utwór „The Wanderer” zaśpiewany przez Johnny’ego Casha. Jak zauważa krytyk Steven Hyden, jest to sytuacja analogiczna do dzisiejszego zaproszenia U2 przez Kendricka Lamara. Porównajmy Bono i Cash’a: obaj poruszają się w tematach religijnych, podejmujjąc wątki starotestamentowe, obaj są w podobnym wieku (Cash miał 61, a Bono skończy 57 lat), Kendrick teraz i U2 w ’93 znajdują się w podobnym, szczytowym punkcie kariery i wyciągają rękę do „klasyka” czy „legendy”. A wreszcie – Bono występuje w „XXX” jako pewnego rodzaju mentor, rodzaj osoby, którą chcesz mieć przy sobie, rozmyślając nad ciemnością tego świata.

Talkin’ out his head, philosophin’ on what the Lord had done

He said: „K-Dot, can you pray for me?

It’s been a fucked up day for me

I know that you anointed, show me how to overcome.

1997

Nie da się ukryć, że „POP” był ostatnią płytą U2, która zaskakiwała muzycznie i dotrzymywała kroku odkrywczym brzmieniom. Całkowicie niemal elektroniczna, nie znalazła uznania na listach sprzedaży, powodując obrazę Irlandczyków na eksperymenty i początek ślepego gonienia za radiowymi przebojami. A przecież właśnie wtedy mówili o zmęczeniu popkulturą i rozczarowaniu Bogiem – dwa tematy silnie obecne na „Damn.” Kendricka Lamara. Obie płyty łączy też brzmienie – surowe, szorstkie oraz inwazyjnie przeszkadzające.

The great American flag is wrapped and dragged with explosives

Compulsive disorder, sons and daughters

Barricaded blocks and borders

Look what you taught us

It’s murder on my street

Y’all street, back streets

2000

„All that you can’t leave behind” wydane wtedy przez U2 było pełne ładnych, radiowych melodii i ckliwego humanistycznego przekazu. To właśnie wtedy narodził się dzisiejszy wizerunek Bono – prowadzającego się z politykami i ratującego świat. Jakby nie patrzeć, zaangażowanie polityczne równie mocne jak teraz Lamara (a fani szykują petycję, aby burmistrzem Chicago został inny czarnoskóry hip-hopowiec, Chance the Rapper). Jakkolwiek niepoważnie wyglądał Bono z papieżem, to na koncertach Elevation Tour U2 sięgnęło po ciężką amunicję. Dosłownie i w przenośni – wykonanie “Bullet the blue sky” (ze wspomnianego „The Joshua Tree”) poprzedzały grafiki o śmiercionośnym rynku sprzedaży broni, którego USA jest liderem. Debata na temat gun control znowu przetacza się dzisiaj przez Amerykę – i o tym właśnie rapuje Kendrick Lamar w „XXX” .

You overnight the big rifles, then tell Fox to be scared of us

Gang members or terrorists, et cetera, et cetera

America’s reflections of me, that’s what a mirror does

Oryginalny albumowy „Bullet…” jest piosenką o rozczarowaniu potęgą Ameryki, która pojawia się tylko w rozdawaniu broni na prawo i lewo: kończące utwór słowa o biegu w ramiona Ameryki mówiły o wojskach tego samozwańczego sierżanta świata. W 2000 roku na koncertach Bono wykrzykiwał w tej piosence statystyki strzelanin w USA. Teraz Kendrick Lamar, czyniąc z „XXX” swoiste „Bullet the blue sky part 2”, wraca do historii pojedynczego chłopaka uwikłanego w spiralę przemocy. Trochę nie z jego winy, a trochę z winy jego środowiska; wielka siła Kendricka polega na tym, że nie boi się opisywać także tej ciemnej strony swojego społeczeństwa. Mógłby z łatwością zaatakować stronniczą “białą” stację telewizyjną Fox News, ale woli przyznać im w jakiś sposób rację – szklany ekran zniekształca obraz świata, ale wciąż jest to jego lustrzane odbicie.

 

PS Cytaty oznaczone kursywą z śródtytułów pochodzą z utworu Kendricka Lamara „XXX”.

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz