Rozmyślanie jest procesem, który zawsze podejmujemy na własną odpowiedzialność. A nadmiar refleksjotwórczych bodźców, jak wiadomo, może powodować migrenę, kołatanie serca i myśli o bezsensie pędzącego na oślep świata. Na dodatek nigdy nie wiadomo do jakich wniosków owe rozważania nas zawiodą.

Weźmy na przykład taki obrazek: wyraźnie udręczona Michelle Obama, która pozuje do zdjęcia z otagowaną białą kartką – hasło brzmi #Bring Back Our Girls. Coś sobie przypominamy, prawda? Podobne zdjęcie zrobiła sobie też Malala Yousafzai – to ta młoda Pakistanka, która z blogosfery chyłkiem trafiła do walecznego grona posiadaczy Pokojowego Nobla. Pół świata widziało też zapewne zdjęcia modelek, aktorów i innych celebrytów z tym samym hasztagiem, dopominających się o oddanie dziewczyn. Niektórzy, dzierżąc kartkę z lapidarnym hasłem na jakiejś hollywoodzkiej gali, uśmiechali się od ucha do ucha, jak gdyby reklamowali kolejny produkt (superwybielającą pastę do zębów? tabletki spalające tłuszcz?). Takie fotki były w tamtym czasie działaniem z kategorii must, rozprzestrzeniały się w mgnieniu oka, więc niektórzy podeszli do sprawy praktycznie i zadbali o swój wizerunek, nawet jeśli nie do końca było dla nich jasne – jak mogę oczywiście tylko nikczemnie przypuszczać – o jakie dziewczyny chodzi, kto właściwie miałby je zwrócić i komu? Ale co tam domniemana ignorancja Hollywoodu – przyzwoitość nakazuje mi prześwietlić w pierwszej kolejności własną ciemnotę.

O akcji #Bring Back Our Girls zrobiło się jakiś czas temu wyjątkowo głośno, zdjęcia z apelem obiegły świat i zdołały przebić się do naszej świadomości. Przypuszczam, że po dłuższym lub krótszym czasie większość z nas jest w stanie wyłowić je gdzieś z odmętów pamięci zasypanej obrazkami wszelkiej maści. Pamiętamy, że coś było. Że chodziło o jakieś młode Afrykanki, które uprowadziła jakaś organizacja terrorystyczna. Może nawet to, że był rok 2014. I tutaj uczciwość zmusza mnie do przyznania, że moja wiedza na temat setek Nigeryjek, które porwała muzułmańska organizacja ekstremistyczna Boko Haram, aż do zeszłego tygodnia ograniczała się do kilku wyczytanych gdzieś podstawowych informacji na ten temat i oczywiście mglistego wspomnienia białych kartek z hasztagiem. Ale pod wpływem bodźca lekturowego (właśnie wydano u nas reportaż “Porwane” Wolfganga Bauera), najróżniejsze pytania nagle zaczęły się mnożyć i atakować mnie swoją prostotą.

Pytanie o jakieś Afrykanki mogłoby być pytaniem o to, czy rzeczywiście „internet ma moc” – jak lubimy sobie powtarzać – i o to, jaka jest tak naprawdę jego siła rażenia. Jak długo problem, na który świat zwrócił uwagę właśnie dzięki sieci, unosi się na powierzchni zanim zniknie pod falą świeższych faktów?

W powieści Dona DeLillo „The Falling Man” Spadający Człowiek z tytułu to performer, który kilka dni po runięciu wież WTC przywołuje widok ludzi spadających, albo zmuszonych do skoku, z walących się budynków. Artysta niezapowiedzianie pojawia się w różnych miejscach, zwisając do góry nogami z jakiejś konstrukcji, zawsze ubrany jest w elegancki garnitur i krawat. Nowojorczycy są oburzeni jego akcjami, nazywają je „małpowaniem”, krzyczą, na ulicach robią się korki. W którymś momencie czytamy: „Była w tym straszna otwartość, coś, czego nie widzieliśmy, pojedyncza spadająca postać, która ciągnie za sobą zbiorowy strach, że ciało runie pośród nas.”. Zdaje mi się, że DeLillo ma rację – czasem wolimy wskoczyć pod koc z pilotem od telewizora w ręce, z dala od tego całego szaleństwa. W końcu wszyscy dookoła powtarzają: całego świata nie zbawisz, odpocznij po pracy, po zajęciach, po obiedzie, doceń slow life, łap chwilę.

Na tym pewnie bym zakończyła pokrętne dochodzenie logiki w funkcjonowaniu współczesnego świata, gdyby nie to, że wczoraj nieopatrznie otworzyłam kolejną książkę DeLillo. W „Mao II” prolog kończy się takim oto ni mniej, ni więcej zagadkowym stwierdzeniem: „Przyszłość należy do tłumów”. Zdanko to jeszcze bardziej wzmogło chaos panujący w mojej głowie i kiedy rano chciałam dokończyć ten tekst, nagle zaczęło mi się zdawać, że owe cztery słowa w przerażający sposób korespondują z tym wszystkim, co już wcześniej napisałam. Wyszło więc na to, że dostatek najróżniejszych impulsów, zanim wywoła ból głowy, gwarantuje dziwnie ryzykowną wyższą świadomość.

Ponad dwieście dziewczynek uprowadzonych ze szkoły w Chibok w 2014 roku to kropla w morzu nigeryjskiego nieszczęścia. Od tamtego czasu kobiety i dzieci porywane są przez Boko Haram regularnie, a w wielu wioskach dochodzi do masowych egzekucji. Czy ktoś widział ostatnio jakieś hasztagi z Nigerią w tle?

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz