Byłoby idealnie, gdybym mogła wcześniej dostać książkę albo chociaż jakiś obszerny fragment, ale niestety nie zawsze jest to możliwe. Promocja książki rozpoczyna się często wtedy, kiedy jest ona jeszcze w tłumaczeniu albo zanim jej środek zostanie złożony przez składacza czy poprawiony przez redaktora.

O tym, jak powstają okładki książek opowiada Justyna Tarkowska (Boguś) – projektantka graficzna i właścicielka studia Mile Widziane. Współpracuje między innymi z Książkowymi Klimatami, PWN-em, Biurem Literackim i Wielką Literą.

DAGMARA TOMCZYK: Jak zaczęła się twoja przygoda z projektowaniem graficznym? 

JUSTYNA TARKOWSKA (BOGUŚ): To był spory przypadek, dlatego że nie studiowałam niczego związanego z projektowaniem, tylko architekturę krajobrazu, która może poniekąd jest z tym powiązana, pod tym względem, że mieliśmy tam zajęcia z programów do obróbki graficznej. Pierwszym programem, na którym wtedy pracowałam, był Corel, z którego co prawda teraz już nie korzystam, ale co ważne – to w tamtym czasie zauważyłam, że właśnie to mnie na tych studiach najbardziej interesuje. Zaczęłam się więc uczyć w domu i próbowałam robić coś sama, a później szukałam jakichś praktyk, żeby móc zobaczyć, czy w ogóle mam dokąd startować bez wykształcenia w tym kierunku i doświadczenia. No i tak to się potoczyło, że ktoś mnie zauważył – natrafiłam na wydawnictwo Czeskie Klimaty, które teraz nazywa się Książkowe Klimaty. Robili tam wtedy jedną z pierwszych swoich okładek i zlecili to, jak sądzę, większej liczbie grafików, ale ostatecznie to mój projekt został wybrany. I tak się zaczęło.

Kiedy teraz patrzę na swoje pierwsze projekty, widzę naprawdę duży progres, dlatego to ciekawe, że ktoś na początku mi zawierzył, ale najwyraźniej dostrzeżono, że mam jakiś potencjał i udało mi się później go rozwinąć.

W takim razie była to chyba dość nietypowa ścieżka. A może właśnie przeciwnie – powiedz, jak to jest z tymi grafikami: czy często są to osoby, które – podobnie jak ty – okazują się świetnymi fachowcami pomimo braku dyplomu uczelni?

Trudno jest mi powiedzieć, bo nie prowadzę takich statystyk, ale z tych osób, które spotykam, faktycznie część osób jest po ASP, ale część nie. Myślę, że to jest trochę tak, jak z fotografami – odpowiedni sprzęt jest na tyle dostępny, że każdy może wziąć aparat i zacząć to robić. Pytanie, czy ma do tego dryg i czy potrafi uchwycić jakiś fajny moment na swoich fotografiach. Myślę, że tak samo jest z grafikami – trzeba po prostu mieć pewien zmysł, a narzędzia są na tyle dostępne, że właściwie każdy może ich użyć.

Jeśli jednak kupisz sobie aparat, to możesz od razu zacząć robić zdjęcia, one mogą być złe, ale jesteś w stanie je zrobić. Wydaje się, że z okładką sprawa wygląda bardziej problematycznie – nauczenie się specjalistycznych programów, na których pracują graficy, nie wydaje się tak łatwe i szybkie.

Jeśli chodzi o złe okładki, to oczywiście też można je bardzo łatwo zrobić. Poza tym teraz faktycznie projekty tworzy się na komputerze, ale przecież równie dobrze można zrobić to ręcznie. Możesz coś nie tylko narysować, ale nawet zaprojektować w Wordzie! Myślę, że akurat w przypadku okładek najistotniejszy jest pomysł.

Ty też korzystasz nie tylko z komputera, ale i z papieru?

Rzadko. Ja pracuję raczej wyłącznie na komputerze, nawet jeśli chodzi o te pierwsze próby, ale wiem, że część grafików woli zaczynać od szkicu, żeby dopiero później przenieść to na komputer. Bo jednak praca zawsze kończy się teraz w komputerze. W przypadku ręcznie zrobionego projektu do drukarni i tak musimy wysłać jego skan.

U mnie cały proces zaczyna się już w programie komputerowym i tam też ewoluuje – zapisuję kolejne wersje danego pomysłu, czasem cofam się o krok, żeby zobaczyć, czy w dobrym kierunku to zmierza. Po prostu działam na gorąco, od razu na komputerze.

1 (1)

 

Zanim zaczniesz pracę nad projektem okładki, wydawnictwa udostępniają ci dany tekst do przeczytania czy raczej musisz działać intuicyjnie, bazując na jakichś skąpych informacjach?

Byłoby idealnie, gdybym mogła wcześniej dostać książkę albo chociaż jakiś obszerny fragment, ale niestety nie zawsze jest to możliwe. Promocja książki rozpoczyna się często wtedy, kiedy jest ona jeszcze w tłumaczeniu albo zanim jej środek zostanie złożony przez składacza czy poprawiony przez redaktora. Książka bywa przed publikacją gdzieś wzmiankowana, na przykład w Magazynie Książki, i informacje o niej muszą pojawić się już z okładką. Jest więc duży nacisk na to, żeby okładka była wcześniej. Tym bardziej, że sporo osób musi ją zaakceptować, czasem nawet łącznie z autorem, zanim zostanie odesłana do druku.

Domyślam się, że wysyłasz więcej niż jedną wersję danej okładki do wyboru. Ile zwykle przygotowujesz takich wariantów?

Różnie. Wracając jeszcze do poprzedniego pytania – czasem jest tak, że nie ma presji czasu i dostaję wcześniej fragment tekstu albo ogólne informacje, o czym dany tekst będzie. I to z tego też wynika, ile wersji okładki zostaje wygenerowanych – takie ogólnie przyjęte minimum to trzy, ale czasem, jeśli inspiruje mnie dany temat, wysyłam ich więcej – pięć czy sześć. Zdarza się też tak, że wysyłam ich mniej, bo wysłanie zbyt wielu wersji czasem powoduje, że proces decyzyjny się wydłuża, a jeszcze, nie daj Boże, zostanie wybrana taka wersja, która najmniej mi odpowiada. Wolę więc nie pokazywać tych wersji, z których nie jestem zadowolona.

Czasem tworzy się też warianty okładki, która już została wybrana. Na przykład wydawnictwo mówi: bierzemy tę, ale zobaczmy, jak będzie wyglądała z inną typografią, albo spróbujmy coś dodać czy odjąć.

Wróćmy jeszcze na chwilę do samego procesu twórczego: zdarza ci się, że pracujesz nad jakimś zleceniem, ale dopada cię przysłowiowa niemoc twórcza?

Tak, pewnie, że to się zdarza.

I co wtedy? Szukasz jakichś inspiracji?

Nie, po prostu „wymęczam”. Robię kilka wersji i zawsze – mimo że czasem czuję, że jakaś rzecz być może nie jest moim dziełem życia – wypuszczam taki projekt, z którego ostatecznie jestem na tyle zadowolona, żeby faktycznie mógł później iść w świat. Czasem jest to stresujące, ale zawsze udaje się coś wymyślić – na przykład jakiś ostatni pomysł okazuje się być dobry.

Wrócę jednak jeszcze na chwilę do inspiracji. Na swojej stronie napisałaś, że jesteś pasjonatką polskiego designu z lat 60. i 70. Myślisz, że wpływa to jakoś na twoje projekty? A może zupełnie w czymś innym szukasz natchnienia?

Nie jestem pewna, czy w tak bezpośredni sposób wpływa to na mnie. Jest sporo twórców okładek, którzy rzeczywiście wprost czerpią z lat 60. czy 70., na przykład Fajne Chłopaki, których okładki są mocno inspirowane tym okresem i to jest chyba to, co czują. A ze mną jest raczej tak, że interesowanie się jakimikolwiek sztukami wizualnymi otwiera mi głowę na różne pomysły. Jeśli człowiek sporo się naogląda, to zawsze coś mu z tego zostanie – czy jest do design z lat 60., czy będą to takie rzeczy, które można nawet na co dzień obserwować na ulicach. Inspirujące mogą być nie tylko sensu stricto graficzne projekty, ale też filmy czy muzyka.

Nie wiem, skąd u mnie biorą się pomysły – są to po prostu takie luźne skojarzenia, które przychodzą nagle do głowy: na przykład wtedy, kiedy czytam fragment książki albo kiedy myślę o niej. Sądzę, że po prostu trzeba faszerować się wszystkim, bo z tego zawsze coś się w końcu wykluwa.

Śledzisz jakieś nurty czy mody panujące w grafice?

W świecie internetu jest to bardzo łatwe. Mam na przykład obszerną tablicę na Pintereście – przypinam tam wszystko, co mi tylko wpadnie w oko. Teraz dużo łatwiej niż kiedyś można trzymać rękę na pulsie, bo mamy takie portale jak właśnie Pinterest czy Behance i tam można się wielu rzeczy naoglądać.

Zresztą myślę, że wszyscy graficy trochę ulegają takim sezonowym modom, o czym świadczy już choćby fakt, że ogłaszany jest kolor roku i później faktycznie wszędzie się go widzi. W tym roku to zielony, a w zeszłym było takie zestawienie różowo-niebieskie – i rzeczywiście mnóstwo okładek zrobiono właśnie w tych kolorach.

unnamed

zorba_MMP_1002_670

Tobie też zdarza się ulegać tym modom czy raczej próbujesz ich unikać i idziesz na przekór trendom?

Myślę, że nie da się tego uniknąć. Z jednej strony rzeczywiście jest to moda i sztampa, a z drugiej utarło się przecież, że okładki poezji wyglądają tak a nie inaczej, okładki literatury faktu zazwyczaj mają duże zdjęcie, a okładki prozy mają jeszcze inną konwencję – są lżej zarysowane, z bardziej wysmakowaną typografią. Wydawcy mają swoje oczekiwania – trzeba się wyłamywać z tych schematów, ale jednocześnie pozostawać po części w pewnych ustalonych ramach, bo czytelnik jest przyzwyczajony do tego, że książka danego gatunku ma pewien wygląd i tego po prostu szuka w księgarniach. Jeśli zrobi się jakąś poetycką okładkę do literatury niskiej, to można czytelnika odstraszyć, bo pomyśli, że to nie dla niego.

Skoro rozmawiamy już o pewnych ograniczeniach, z jakimi musi borykać się grafik – a więc właśnie dostosowywanie projektu do przyjętych konwencji czy liczenie się z niskim budżetem wydawnictwa – to powiedz, jak wyglądają twoje relacje z klientami. Podobno graficy często narzekają na współpracę z zamawiającym, który ma inną wizję.

Robienie okładek to praca usługowa, ale mimo wszystko tworząc dany projekt, zostawia się w nim cząstkę siebie. Zdarza mi się, że oddaje coś, co wydaje się świetnym projektem, a później słyszę: to przesuń w lewo, to powiększ itd. Wiadomo, że to może rodzić frustrację, ale trzeba patrzeć na to tak, że nie jest to sztuka dla sztuki, ale właśnie praca usługowa. Trzeba próbować wypracować taki kompromis, żebym i ja była zadowolona ze swojej pracy, bo przecież podpisuję się pod nią, i jednocześnie aby zamawiający był nią usatysfakcjonowany. Bywają trudne przypadki, ale część wydawców potrafi zaufać grafikowi, chociaż są takie kwestie, przy których nie można zbytnio dyskutować – na przykład trzeba powiększyć nazwiska autora, bo wydawca wie, że właśnie to nazwisko przyciągnie ludzi (mimo że na przykład mniejszy napis wyglądałby estetyczniej). W końcu okładka jest pewnego rodzaju opakowaniem, ma swoje funkcje.

A więc traktujesz swoją pracę raczej jako rzemiosło, a nie sztukę?

No właśnie, byłoby fajnie gdyby to była tylko sztuka i można by wyrażać swoje najśmielsze pomysły, ale nie zawsze jest to możliwe i trzeba pamiętać, że dany projekt ma spełniać pewną funkcję. Wydawnictwo musi książkę sprzedać, a jak ona najlepiej się sprzeda, to jednak mimo wszystko najlepiej wie właśnie wydawca.

Korzystając z okazji, że mamy przed sobą książki z zaprojektowanymi przez ciebie okładkami, chciałabym zapytać, czy któraś z nich jest dla ciebie w jakiś sposób szczególna albo jesteś z niej wyjątkowo dumna. Może mogłabyś też opowiedzieć, jak wyglądała praca nad nią.

Trudno mi wskazać swój najlepszy projekt, ale pracowało mi się najlepiej chyba nad książką „Zorba 50 lat później” [Wydawnictwo Książkowe Klimaty – przyp.red.], z tego powodu, że zaprojektowałam ją w całości. Dostałam tylko tekst i wymyśliłam, jak ta książka będzie wyglądać – a więc również jej środek, format itd. I to jest jak na razie mój jedyny taki projekt. Jest jeszcze książka „Jak system równomiernie temperowany popsuł harmonię (i dlaczego powinno cię to obchodzić)” wydana przez Instytut Grotowskiego, ale przy niej działałyśmy w duecie z Magdą Kocińską – ona robiła środek, a ja okładkę. Była to jednak pełna współpraca, bo tutaj wspólnie miałyśmy wpływ na kształt tej książki jako całości, łącznie z papierami itd.

To właśnie te dwie książki wspominam jako dotychczas najciekawsze projekty. Najciekawsze pod względem fajnej pracy, dlatego że mogłam sporo się przy nich nauczyć – byłam w drukarni, mogłam przygotować tłok czy inne dodatkowe rzeczy, które bardzo rzadko zdarza mi się robić. Oczywiście szereg problemów wyniknął przy zlecaniu tego do druku, więc musiałam być z panią z drukarni na gorącej linii. I to wszystko było dla mnie bardzo kształcące, chociaż te projekty ostatecznie nie zostały zauważone.

jsrt2

 

jsrt4

Głośno zrobiło się za to przy okładce do „21 wierszy miłosnych” Adrienne Rich wydanych przez Biuro Literackie czy do książki „Entropia” Maroša Krajňaka, która ukazała się w Książkowych Klimatach.

Tak, szczególnie dużo reakcji było na tę pierwszą, pewnie przez śmiały pomysł, chociaż sama autorka tego tomu postrzegana jest jako kontrowersyjna. Jest to pierwsza okładka, którą robiłam dla Biura Literackiego.

Pierwszy projekt był zdjęciowy – była to fotografia autorstwa mojego męża z dwiema nagimi dziewczynami trzymającymi się za ręce. Obraz był mocno wykadrowany, więc w zasadzie widoczne były tylko ręce i wydawca stwierdził, że to jednak zbyt zachowawcze. Dopiero później powstał ten drugi projekt. Może dobrze się stało, bo okładka ze zdjęciem byłaby na pewno bardziej typowa.

Ten projekt bardzo się spodobał, ale przecież nie jest to jedyna twoja praca, którą uwzględniono w zestawieniach najlepszych okładek. Zastanawiam się, czy twoja obecność w takich rankingach, jak ten przygotowany przez „Politykę”, przekłada się na wzrost popularności i większą ilość zleceń.

Rzeczywiście w zeszłym roku miałam jedną okładkę w rankingu „Polityki”, ale to raczej w żaden sposób nie wpłynęło na zwiększenie liczby zleceń. W tym roku uwzględniono tam trzy moje okładki i jak na razie też nie widzę jakiegoś dużego skoku, chociaż rok dopiero się zaczął, więc jeszcze nie wiem czy wpłynie to jakoś na moją pracę.

Przyznam się, że osobiście dopiero od niedawna zwracam uwagę na to, kto zaprojektował okładkę danej książki. Trochę chyba jest tak, że ich twórcy pozostają w cieniu i mało kto zna ich nazwiska.

Tak, projektanci graficzni nie są zbyt znani. Ja sama nie znam wielu nazwisk, bo nie przywiązuje do tego wagi i zwracam uwagę przede wszystkim na projekty. Kojarzę oczywiście Przemka Dębowskiego, Fajnych Chłopaków czy osoby, które też pojawiły się w rankingu „Polityki”. Ale może tak ma być, że graficy pozostają trochę z boku?

Teraz wydawnictwa coraz częściej piszą przynajmniej na swoich stronach internetowych, kto jest autorem danej okładki, ale jeszcze jakiś czas temu trudno było znaleźć takie informacje. Kiedyś jeśli chciało się poznać autora, to bez sprawdzenia tego we wnętrzu książki, było to w zasadzie niemożliwe.

Instagram-Img-2016.07.11-Adrienne-RICH-21-wierszy-miosnych_670

Co doradziłabyś osobom, które chcą zająć się projektowaniem, ale nie mają zamiaru iść na studia w tym kierunku?

Myślę, że po prostu trzeba oglądać sporo różnych rzeczy, bo tak jak mówiłam wcześniej – pomysły nie biorą się z powietrza.

Ogólnie z projektantami graficznymi jest też trochę tak, jak z lekarzami, to znaczy ludzie specjalizują się w czymś – część osób jest dobra w projektowaniu Internetu, inni siedzą w druku, ktoś inny robi ilustracje. Nie ma jednej recepty. Wydaje mi się, że studia wcale nie są konieczne, żeby pracować w tym zawodzie, ale na pewno potrzebny jest jakiś dryg do tego i bardzo dużo pracy. Ważne, żeby przyglądać się sobie i wiedzieć, co się lubi robić. Poza tym trzeba się ciągle rozwijać, bo – przykładowo – robienie wyłącznie okładek, moim zdaniem, nie jest sposobem na życie projektanta graficznego. Trzeba jednak robić coś dookoła tego. Pewnie są takie osoby, które żyją tylko z okładek, ale ja wolę robić jeszcze inne rzeczy, bo dzięki temu można czegoś się nauczyć albo załapać nowe spojrzenie na pewne kwestie.

No właśnie, masz na swoim koncie nie tylko okładki, ale też plakaty, logotypy czy ilustracje, które możemy obejrzeć na stronie twojego studia projektowego Mile Widziane. Powiedz, nad którą z tych rzeczy chciałabyś teraz najbardziej popracować.

Lubię robić okładki i plakaty, bo dla mnie to dość zbliżony temat – jedne i drugie opierają się na pomyśle, a to bardzo przyjemne, bo jeśli mam pomysł to praca idzie dość szybko. To, co chciałabym rozwinąć, to umiejętności ilustracyjne. Właśnie ostatnio zaczęłam trochę nad tym pracować, żeby lepiej rysować, bo jednak to nie jest moja najmocniejsza strona. Rysuję może trochę lepiej niż przeciętny człowiek, ale czuję, że mogłabym to robić jeszcze lepiej.

W takim razie trzymam kciuki za dalszy rozwój, a na koniec nie mogę nie zapytać o to, nad czym obecnie pracujesz.

Pracuję nad kolejną okładką, ale niestety na razie nie mogę powiedzieć, do jakiej książki.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz