Konflikt w Teatrze Polskim we Wrocławiu nie cichnie. Jeszcze kilka miesięcy temu można było, przy dużej dozie nadziei i ślepej wiary, sądzić, że Cezary Morawski na stanowisku dyrektora coś zrobi. Że będzie miał jakiś plan, że pojawią się jakieś premiery, że będzie jakiś repertuar – mimo iż propozycje z jego aplikacji na posadę dyrektora napawały raczej lękiem, jednocześnie wywołując na twarzy szyderczy uśmiech. Dziś już nie mamy czego się uczepić. Brak chęci porozumienia, kolejne odwoływane spektakle, seria dokonanych i planowanych zwolnień – w Polskim nie ma już czego ratować.

Procedura konkursowa od samego początku wywoływała wiele kontrowersji. Od wakacji, kiedy wiadomym było, że utrzymanie Teatru pod zarządem Krzysztofa Mieszkowskiego jest niemożliwe – koniec kontraktu, rozpisany konkurs na stanowisko – zespół artystyczny tej placówki apelował o uczciwe wybranie jego następcy. Do konkursu przystąpiło kilku kandydatów, w tym także ci popierani przez aktorów. W pierwszym terminie nikt nie spełnił warunków na objęcie tej posady, w drugim – przepchnięty (nie bójmy się tego słowa) został pan Cezary Morawski. Każdy, kto choć odrobinę zna profil i kierunek Teatru Polskiego we Wrocławiu, wiedział, że jest to osoba nieodpowiednia na to stanowisko. Prawomocny wyrok za narażenie ZAiKS-u na straty zdawał się nie dyskwalifikować tego kandydata (a przecież Polski znany jest z wielkiego zadłużenia – strukturalnego co prawda, ale jednak), rażące kłamstwa w aplikacji (m.in. deklarowane zamiary współpracy z twórcami, którzy głośno mówili o tym, że nie mają zamiaru z panem Morawskim współpracować) i wreszcie zupełne niezrozumienie charakteru sceny, której chce przewodniczyć – wybitnej sceny polskiego teatru, wielokrotnie nagradzanej, otwierającej wielkie festiwale teatralne na całym świecie. Wszystko to zdawało się bez znaczenia wobec jakiegoś niezrozumiałego przekonania Tadeusza Samborskiego i Urzędu Marszałkowskiego o tym, że właśnie znaleźli idealną osobę na to stanowisko.

Wrzesień upłynął pod znakiem apeli, wręczenia Morawskiemu biletu powrotnego na pociąg do Warszawy na Dworcu Głównym we Wrocławiu, prób przekonywania o tym, że to naprawdę nie jest kompetentna osoba. Oczywiście na nic zdały się te wszystkie (mniej lub bardziej kulturalne) starania. Morawski pełną parą zaczyna swoją dyktaturę (sic!: dyrekturę).

Przez kilka tygodni unika bezpośredniej konfrontacji ze swoimi przeciwnikami, a na Facebooku powstaje profil „Teatr Polski w podziemiu”, na którym możemy się dowiedzieć o dziwnych i cichych ruchach dyrektora (zmianie admina na oficjalnym profilu Teatru, wzywaniu aktorów na prywatne rozmowy, braku określenia linii programowej czy choćby zapowiadaniu nowych premier). Nadchodzi 17 października. W Polskim odbywa się czytanie (w ramach cyklu „Czynnych poniedziałków”; tym razem mamy okazję obejrzeć „Psychiatrę Boga” w reż. Dominika Watina). Podczas wyjścia do oklasków aktorzy zaklejają sobie usta czarną taśmą – symbolem ich walki o teatr, o możliwość zabrania głosu, który został im odebrany – na co publiczność reaguje żywo, zwiększając swój aplauz. Po owacjach pod sceną staje reprezentacja Publiczności Teatru Polskiego. Zaczyna wygłaszać swoje postulaty i niezadowolenie z sytuacji w Polskim. Nagle z balkonu pada „Zaraz do Państwa zejdę!” – oto przemówił Morawski. Głupia ja, myślałam, że może coś w nim pękło, może będzie chciał się jakoś wytłumaczyć, zaprezentuje swoje pomysły, poprosi o danie mu szansy, no cokolwiek! Ale nie. Pan Cezary, uznając zachowanie publiczności za skandaliczne, oświadcza, iż „nie muszą Państwo na te spektakle przychodzić”. To był moment, kiedy pewna granica została brutalnie przekroczona – tymi siedmioma (liczba boska niczym sama osoba dyrektora!) słowami nowy dyrektor dał wszystkim do zrozumienia, że publiczność – czyli nieoderwalna część instytucji kulturalnej – się nie liczy. Że teatr (dyrektor) robi swoje, a jak nam się to nie podoba, to możemy nie przychodzić. Znamienne jest to, że te słowa padły właśnie w poniedziałek, na cyklicznym spotkaniu widzów z teatrem. W sytuacji, która od kilku sezonów budowała nić dialogu między twórcą a odbiorcą. Paradoksalnie, gdyby nie te właśnie spotkania, całkiem możliwe, że Teatr Polski nie wykształciłby sobie tak aktywnej i świadomej publiczności. Strzał w stopę, panie Morawski.

Minęło nieco ponad tydzień i pan Cezary po raz kolejny wytoczył ciężkie działa – 26 października pozostanie dniem, kiedy to dookreślił swoją autorytarną pozycję w Polskim. Jest to data spektaklu „Onych” w reż. Oskara Sadowskiego – świetnego przedstawienia o tym, jak to właśnie tytułowi Oni próbują zawładnąć kulturą. Powiedziałabym „dobra zmiana”, ale oznaczałoby to strywializowanie problemu. Już przed spektaklem rozpoczyna się cyrk – część widzów zostaje poproszona o przeniesienie się na balkon, mimo że ich bilety obowiązują na miejsca na parterze. Przedstawienie przebiega gładko, ale podczas oklasków znów robi się śmiesznie (a do tego dramatycznie). Morawski nakazuje zgaszenie świateł – nie tylko tych na scenie, wyłączona zostaje nawet sygnalizacja wyjść ewakuacyjnych. I padają legendarne słowa: „Ja tu jestem dyrektorem, ja mogę wszystko!”. Gratulacje.

Mija kilka dni i Gazeta Wyborcza donosi o wypowiedzeniach złożonych na ręce Morawskiego przez Ewę Skibińską, Piotra Skibę, Marcina Pempusia i Małgorzatę Gorol. Pierwsza z nich dodatkowo komentuje, iż praktycznie nie miała wyjścia – pan Cezary uzależniał swoje dla niej pozwolenie do gościnnego grania w jednym z warszawskich teatrów właśnie od tego kroku. Wystarczy pobieżnie spojrzeć na repertuar i widać, że w tej sytuacji granie pewnych spektakli staje się, delikatnie mówiąc, logistycznie trudne. Bo o ile obowiązuje trzymiesięczny okres wypowiedzenia, podczas którego aktorzy są zobowiązani do grania spektakli, w których są obsadzeni, to po tym czasie zgranie całej obsady (która w tym momencie będzie w Polskim na gościnnych występach) może być problematyczne. Jednocześnie tego samego dnia (02.11.2016 r.) ze stron Teatru znikają zapowiedzi zaplanowanych „Czynnych poniedziałków”. Od tej pory żadne spotkanie z tego cyklu już się nie odbędzie.

Siódmego listopada Morawski przystępuje do kolejnego ataku. Wysyła list do Tomasza Lulka, jako Przewodniczącego Komisji Zakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza, z zapytaniem o status m.in. Natalii Kabanow, Joanny Woźnickiej, Agnieszki Kwietniawskiej, Niny Karniej, Łukasza Twarkowskiego i Tomasza Lulka (sic!). Chce wiedzieć, czy pełnią oni jakieś funkcje w Związku, które mogłyby mieć wpływ na „planowane rozwiązanie umowy o pracę”. Tydzień później zdejmuje z afisza siedem spektakli („Kronos”, „Tęczowa Trybuna 2012”, „Blanche i Marie”, „Kliniken/miłość jest zimniejsza…” , „Poczekalnia 0.”, „Mitologie”, „Szosa Wołokołamska”). Ruch ten argumentuje tym, że nie cieszyły się one powodzeniem, były notorycznie odwoływane z powodu braku frekwencji, oraz koniecznością zrobienia miejsca na nowe dekoracje (zdjęcie spektaklu z afisza wiąże się usunięciem dekoracji). Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że każdy z tych spektakli miał ponad 90-procentową widownię, doszukano się łącznie może pięciu odwołań, a brak zapowiedzi premier nijak się miał do nagłej potrzeby zrobienia miejsca w rekwizytorni.

Abstrahując nawet od uwag czysto merytorycznych – takie załatwienie sprawy jest po prostu w złym guście. Niepisana tradycja mówi, że spektakl zasługuje na pożegnanie – tak, aby zarówno aktorzy, jak i widzowie mieli szansę po raz ostatni w nim uczestniczyć. Ot, takie dobre maniery.

Kolejny tydzień przynosi równie ciekawe obserwacje – Morawski zaprasza na występy gościnne Teatr Nie Teraz – tarnowski zespół, „teatr białego człowieka”. W dobie Internetu nie potrzeba wiele czasu, aby publiczność powiedziała, co na ten temat sądzi, dając zresztą kolejny przykład swojej świadomości tego, co chce oglądać, i braku zainteresowania sztuką wątpliwej jakości. Wyraz tego daje poprzez… brak frekwencji. Spektakl zostaje odwołany. „Powrót Norwida” nie ma szansy wybrzmieć we Wrocławiu.

Na horyzoncie pojawia się promyk nadziei. Publiczność Teatru Polskiego organizuje debatę (jako że nie może tego zrobić w teatrze – kino Nowe Horyzonty udostępnia jej w tym celu temu salę). Jest pięknie, podniośle, wszyscy się cieszą, że udało im się tam zebrać. Ale za fasadą wzniosłych frazesów mamy smutną rzeczywistość – Cezary Morawski odmawia nawet przyjęcia zaproszenia (nie mówiąc już o czynnym udziale w dyskusji), a pracownicy Urzędu Marszałkowskiego odmawiają przyłączenia się do panelistów i siadają na widowni („my chętnie posłuchamy”). Rozmowa, która miałaby szansę może do czegoś dojść, staje się desperackim apelem publiczności, zespołu i osób szeroko rozumianej kultury o to, by „coś” z sytuacją w Polskim zrobić. Pada kilka mocnych słów, ale wychodząc z sali można mieć tylko poczucie głębokiej beznadziei.

Tymczasem Morawski udaje, że właśnie zaczyna pracę nad nowym repertuarem – niestety, wychodzi słabo. Podczas prób do „Makbeta” w reż. Janusza Wiśniewskiego pracy nad spektaklem odmawia pięciu aktorów (mają do tego prawo). Niedługo później data premiery ulega zmianie (zamiast 24 lutego 2017 – 3 marca), podobnie zresztą jak tytuł (teraz zapowiedziany zostaje „Chory z urojenia” Moliera). Reżyser pozostaje ten sam. To nie koniec tej farsy – 14 grudnia rzecznik Teatru podaje do informacji publicznej wiadomość o zawieszeniu prób z powodu choroby reżysera. Nie mija nawet kilka godzin i Wiśniewski mówi: „Nie jestem chory”. Może to tylko urojenie.

Byłoby śmiesznie, gdyby nie było to początkiem epidemii w Polskim.

Okres przedświąteczny to wysyp zachowań, które już nawet trudno komentować – pojawiają się kolejne zapytania o status pracowników w Inicjatywie Pracowniczej, a aktorom próbuje się wcisnąć zwolnienia pod kiblem trzy dni przed Wigilią. Odbywa się spotkanie w Urzędzie Marszałkowskim – padają puste obietnice o powołaniu dyrektora artystycznego. Wiadomo, że nic z tego nie będzie, bo już po samym wyjściu Morawski obwieszcza, że jest to absolutnie niemożliwe. „W mojej aplikacji nie było mowy o zastępcy, dyrektorze artystycznym. Tę propozycję komisja przyjęła, podpisałem kontrakt na cztery lata”. Tyle z prób wyjścia z konfliktu. Po Sylwestrze odbywają się kolejne spotkania, równie owocne, a tymczasem zespół Teatru Polskiego bierze działalność artystyczną w swoje ręce. Ogłasza premierę.

Dzięki życzliwości Teatru Muzycznego Capitol na jego dziedzińcu odbywa się premiera performansu „Tak zwana ludzkość w obłędzie” w reż. Romana Burdygiela (Krzysztof Garbaczewski). Smutno patrzy się na zespół, który tak wiele łączy, który potrafi stworzyć niezwykłą jakość, który przede wszystkim jest gotowy dalej grać, ma świetny kontakt z publicznością i już nawet nie ma siły krzyczeć, bo jego głos od miesięcy jest ignorowany. Przez dwie godziny publiczności zostało zaoferowane więcej niż przez ostatnie niemal pięć miesięcy w Polskim. Morawski zamiast zapełnić afisz nowymi spektaklami zaprasza na oglądanie nagrań starych inscenizacji – nie mówię, że złych, ale chyba nie tym się teatr zajmować powinien.

Początek roku to także trudności z graniem repertuaru. Po kolei odwoływane są: „Kuszenie cichej Weroniki”, „Okno na parlament”, „Prezydentki”, „Dzieci z Bullerbyn” i wreszcie –  po gorących zapewnieniach ze strony administratora strony Teatru Polskiego o tym, że spektakl na pewno się odbędzie – „Śmierć i dziewczyna”. Teatr nie gra, aktorzy na zwolnieniach lekarskich – pojawiają się głosy, że to skandaliczne, że to na pewno lewe zwolnienia, że to sabotaż (ja od razu podejrzewałabym pucz). Może jest w tym prawda. A może po miesiącach walki ludzie już nie mają siły? Jak długo można pracować w warunkach ciągłej niepewności, czy przypadkiem nie zostanie nam wciśnięte zwolnienie? Jak długo można dopraszać się o prawo bycia wysłuchanym, o podjęcie decyzji, które postawią Teatr na nogi? Bo na razie to go zżera choroba. Dżuma Morawski.

 

*Opisany stan Teatru jest stanem z dnia 12.01.2017 roku.

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz