Podczas gdy rok 2016 zapisze się zapewne w pamięci społecznej jako czas „dobrej zmiany”, tę tendencję zauważyłem również w świecie muzycznym – jako zmianę zasad gry. Fanów muzyki także trapi wszechobecna niepewność. Może z tego właśnie powodu za najważniejsze wydarzenie roku uznawane jest odejście Davida Bowiego – człowieka, który był uosobieniem zmian artystycznych.

Bardzo wyraźnie zmieniają się hierarchie gatunków muzycznych. Po raz pierwszy chyba wśród najważniejszych nagrań roku nie ma płyty gitarowej. Albumy bardzo dobre, jak „A Moon Shaped Pool” Radiohead i „Post-pop depression” Iggy’ego Popa (oraz Josha Homme’a), są faktycznie bardzo dobre, ale nie zaskakują niczym nowym, potwierdzają jedynie kompozycyjną sprawność klasyków. Szkoda mi szczególnie tej pierwszej z wymienionych pozycji – bo choć logicznie rozwija orkiestrowe prace Jonny’ego Greenwooda, to aż zbyt logicznie i przewidywalnie, jeśli mówimy o zespole, który przyzwyczaił nas do zaskoczeń. Problem w środowisku gitarowym okazuje się większy, niż mogłoby się wydawać, co pokazuje chociażby swoisty „coming out” Kuby Ambrożewskiego, który musiał tłumaczyć się ostatnio ze słuchania boysbandowego zespołu The 1975 (u których widzę młodych Blur z fryzurą The Cure).

Najwięcej mówiło się o hip-hopie i raperach. Za Oceanem swój statut najpierw potwierdził Drake, później Himalaje hajpu zdobył Kanye West (hype to angielskie słowo określające podekscytowanie czymś)1 kolejnymi premierami Życia Pablo”; od gwiazdorstwa odciął się z kolei Kendrick Lamar, ad hoc wydając Untitled Unmastered”. Pewnie nie będzie to odkrywcze stwierdzenie, ale Ameryką rządzą czarne brzmienia” oraz elektryczne R’n’B. Nawet przedstawiciel songwritingu Bon Iver swoje 22, A Million” w całości zbudował na sekwencerach i w komputerach, dowodząc, jak wiele ma wspólnego z Kanye Westem. Muszę przyznać, że mam lekki problem z odbiorem i zrozumieniem tej nowej amerykańskiej muzyki po części z powodu braku kulturowego zaplecza, a trochę też z przywiązania do żywych instrumentów. Dlatego z nadzieją obserwuję powrót do soulu czy to przez wysokobudżetowy serial Buza Luhmana Get down”, czy przez moją ulubioną płytę 2016 roku Awaken, My Love” Childisha Gambino.

W Polsce na ustach wszystkich był Taco Hemingway wypuszczający po dwie płyty na raz, wyprzedający podwójne koncerty w jednym mieście i pozostawiający wszystkich dociekliwych z ciągle otwartym pytaniem o klasę artystyczną swoich produkcji. Gdzieś pod powierzchnią mainstreamu pulsuje PRO8L3M, a Łona jako Adam Zieliński odpowiadał na mądre pytania w jednym z tygodników opinii. Równie wiele środowisk zauważyło zwroty stylistyczne Bisza i Ten Typ Mesa, mimo że tylko jeden z nich zakończył się sukcesem.

Zwrócenie uwagi na hip-hop bezpośrednio wiąże się z bardzo miłą dla mnie tendencją rodzimego środowiska muzycznego; w 2016 bardzo dużo mówiło się o słowach piosenek po polsku. Dyskusję zainaugurowała Julia Marcell błyskotliwym „Proxy”, o którym pisałem już na łamach Kajetu. Największych kontrowersji nie wzbudziła jednak wspomniana tam Maria Peszek, ale Paulina Przybysz, pisząc o aborcji w bezpośrednim i niezwykle osobistym utworze „Przez sen”. Każda rozmowa o przekazie muzyki jest cenna, tym bardziej należy pochwalić działalność „Gazety Magnetofonowej”, której udało się szczęśliwie utrzymać na rynku prasowym (polecam prenumeratę).

Bohaterowie roku: Donald Glover i Radek Łukasiewicz

Obaj panowie występują pod zmienionymi przydomkami – Glover to Childish Gambino, a Łukasiewicz jako Radex. Obaj wydali też najbardziej różnorodne płyty na swoich podwórkach – ten pierwszy w Ameryce: „Awaken, my love”, a Radek w Polsce: „Wilczy Humor” nagrany z Biszem. Płyty, na których zajęli się głównie warstwą muzyczną, choć wcześniej znani byli głównie z pisania tekstów – Donald Glover był raperem, a Radek autorem słów w zespole Pustki. Obaj poruszali się w 2016 roku na granicy hip-hopu i muzyki piosenkowej, tyle że w przeciwnym kierunku – podczas gdy Glover zwrócił się w stronę kompozycji soulowych, Radek przeszedł z alternatywy do rapsów.

Obaj zaliczyli także sukces telewizyjny – Donald Glover stworzył serial „Atlanta”, w którym perypetie prowincjonalnych czarnych raperów okraszone są niesamowitymi wkrętkami w klimacie „Twin Peaks”. I ma to sens, bo serial jest bardzo chwalony przez krytyków, a sam Glover wygrał już Critics’ Choice Awards i ma dużą szansę na Złotego Globa. Radek Łukasiewicz napisał z kolei muzykę do songów „Komediowej Sceny Dwójki”, czyli najfajniejszej rzeczy, jaka pojawiła się w Telewizji Polskiej od dobrych kilku lat. Młodzi twórcy związani z komediową sceną improwizowaną napisali fantastyczne spektakle w stylu wieczorów Kabaretu Starszych Panów (sprawdźcie koniecznie).

Donald Glover i Radek Łukasiewicz byli wcześniej kojarzeni raczej z pracą dla kogoś innego niż tworzeniem na własny rachunek – pierwszy pisał scenariusze do serialu Tiny Fey „30 Rock” i grał w równie mocno chwalonym przez krytyków „Community”, drugi zaś pisał teksty do przebojów Brodki, Piotra Zioły czy Artura Rojka. Teraz wyszli z cienia i mocno zaskoczyli swoimi posunięciami, zwrotem ku zupełnie innej publiczności. A co najważniejsze – dla obu ta zmiana zakończyła się triumfem, pokazując, jak fascynujące może być mieszanie różnych gatunków muzycznych, gdy zabiorą się za to utalentowani twórcy z otwartą głową.

 

 

1 źródło: http://www.miejski.pl

 

Zdjęcie główne: Childish Gambino (lizziefresh.deviantart.com)

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz