W ramach zakończonej już Olimpiady Teatralnej odbyło się spotkanie z jej założycielem – Theodorosem Terzopoulosem – pod dosyć enigmatycznym tytułem „Prawda rzeczywistości wirtualnej”. Nie wiedząc, czego mam się spodziewać, przybyłam do wrocławskiego Teatru Lalek, zajęłam miejsce na widowni i zaczęła się komedia.

Pierwszym elementem groteski był cyrk z tłumaczeniem. Każdy z uczestników spotkania otrzymał zestaw słuchawek i odbiornik, który mógł nastawić na odbiór jednej z trzech wersji językowych (polskiej, angielskiej lub greckiej). Pomysł zapewne miał na celu zniwelowanie barier językowych i pozwolenie na słuchanie i zabieranie głosu w najdogodniejszym dla siebie języku, ale niestety spalił na panewce. Kwestia tłumaczenia jest z zasady trudna, a w tym przypadku pan tłumaczący „z greckiego na nasze” zdawał się potykać o własne nogi. Tym samym sprawiał niemałą trudność swojej koleżance, która języka greckiego nie poznawszy, musiała czekać z tłumaczeniem na angielski, aż jej zacny kolega upora się z własnymi słabościami. Żenujące.

Spotkanie przebiegało w dość miłej atmosferze, ale prowadząca nieco rozmijała się ze swoim rozmówcą. Śmiem przypuszczać, że winę za to ponosiła sytuacja z poprzedniego akapitu. W sumie nie dowiedzieliśmy się niczego ciekawego. Terzopoulos okazał się tradycjonalistą, który akceptuje obecność technologii w przestrzeni teatralnej, ale sam woli z niej nie korzystać. Rozumie, że są twórcy, dla których stworzenie multimedialnego spektaklu nie jest trudne, a wręcz pomaga im wyrazić to, co chcą, ale „nie jest to jego styl pracy”. Według niego teatr powinien być „miejscem, gdzie dąży się do fundamentalnego spotkania widza z materią teatralną”. Wiemy już też, że nasz gość korzysta z dobrodziejstw dzisiejszego świata, nierzadko reżyserując czy omawiając swoje dzieła za pomocą Skype’a, ale obecność technologii wirtualnej, albo raczej jej ilość, napawa go lekkim niepokojem.  Ot, miła rozmowa z panem w podeszłym wieku, który odnajduje się w XXI-ym stuleciu zapewne lepiej niż wielu jego rówieśników, ale nie oznacza to z jego strony pełnego zachwytu nad nim. W końcu nadeszła chwila, kiedy to można było oddać głos publiczności.

Jedną z osób, która zdecydowała się na zabranie głosu, był młody mężczyzna. Mówił o tym, że zarówno dla niego, jak i wielu osób z jego pokolenia, rzeczywistość wirtualna* jest równoległa z tą, powiedzmy, analogową. Jest między nimi znak równości i żadna z nich nie jest ważniejsza od drugiej. Człowiek nie jest w stanie funkcjonować tylko w jednej z nich. One się przeplatają i z biegiem czasu coraz trudniej będzie zrezygnować z takich udogodnień jak smartfony, ponieważ staną się one niezbędne do poruszania się w naszym świecie.

W tym momencie Terzopoulos przyznał, że rzeczywiście, młode pokolenie traktuje te dwa światy jako równoległe, ale on się na to niezupełnie zgadza. Albo raczej, że umywa od tego ręce. Podobne zdanie po chwili wygłosiła jedna z kobiet na widowni. Stwierdziła, że niestety, ale w dzisiejszych czasach coraz częściej widzimy „tzw. rodziny autystyczne” (podejrzewam jednak, że termin ten to całkowita inwencja twórcza tej pani), które ze sobą nie rozmawiają, a czas spędzany teoretycznie razem jest czasem ze smartfonem w ręku. Pani wyraziła także głębokie ubolewanie nad tym, jak to mało dzisiaj czasu spędzamy poza rzeczywistością wirtualną, „a młodzież to szczególnie”. Ech. Powiem szczerze, że na tym etapie byłam już mocno zmęczona miałkością dyskusji, jaką obserwowałam. Po wyjściu naszła mnie pewna refleksja. Byłam najmłodszą osobą na spotkaniu (nie liczę dzieci, które się tam pojawiły w towarzystwie rodziców) i czułam, że dyskusja, jaką tam prowadzono, jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. Skupiono się głównie na tym, jak dużą część naszego dnia zajmuje kontakt z technologią i czy w teatrze jest na to miejsce. Tylko że wszyscy biorący udział w rozmowie to przedstawiciele pokolenia, które powoli zaczynało z technologii korzystać. Nawet ja (rocznik ’95) urodziłam się w świecie w miarę analogowym. Korzystanie z komputera w wieku 5 lat nie było dla mnie codziennością, bo Internet do niego podłączony kolokwialnie mówiąc „nie śmigał”, a i też niewiele w nim było. Dzisiejsza „młodzież” – czyli, powiedzmy, od końca podstawówki, przez gimnazjum, po pierwsze klasy liceum, to dzieciaki, które niemal urodziły się z telefonem w ręku. Dla nich szeroko pojęta technologia nie jest już narzędziem, ale w pewien sposób przedłużeniem ich własnej osoby. Może się okazać, że takie osobniki w teatrze, gdzie „dąży się do fundamentalnego spotkania w materią teatralną…”, będą się po prostu nudziły. Kilka osób przebranych w dziwne ciuchy, biegających po scenie i coś do siebie mówiących, może przykuć uwagę na 15 minut, ale w momencie, kiedy nic się w tej konstelacji nie zmienia, przestaje ona być zajmująca. I tu pojawia się pytanie: jaką wobec tego zjawiska teatr ma przyjąć postawę?

Wariant A (podejrzewam, że pan Terzopoulos by na niego przystał) zakłada pozostanie przy tradycyjnym widzeniu teatru. Przestrzeni do uprawiania niemal medytacji, a w której młodzi ludzie widzieliby miejsce schadzek „tych autystycznych, co Facebooka nie mają”. Teatr jako taki raczej nie miałby siły przebicia i możliwości dotarcia do szerokiej młodej widowni.

Opcja B to oczywiście zupełna skrajność – na wejściu każdy otrzymuje gogle VR (bo w końcu ktoś przeczytał, czym jest wirtualna rzeczywistość) i zabawa się zaczyna. Widzowie interaktywnie doświadczają przestawienia, a i nierzadko sami mogą je współtworzyć.

Te dwie wizje są oczywiście groteskowe. Jak cała ESK, w ramach której miałam okazję posłuchać tej fascynującej debaty.

 

Warto tutaj zaznaczyć, że to, co uczestnicy spotkania określają jako „rzeczywistość wirtualną” ma niewiele wspólnego z technologią VR. Chodzi raczej o użytkowanie smartfonów, komputerów, portali społecznościowych.

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz