Wyjątkowa formuła festiwalu Ars Cameralis pozwala na swego rodzaju problem bogactwa. Do Sosnowca nie można dojechać ot tak, dlatego pojawiłem się w pięknie urządzonej sali widowiskowej „Muza” jakiś czas przed koncertem i mogłem spokojnie wybrać miejsce na widowni. Paradoksalnie nie było to proste; zazwyczaj staram się nie być za daleko od sceny, tym razem zaś głowiłem się nad tym, aby nie siedzieć zbyt blisko. Na sali panowała atmosfera tak kameralna, że w pierwszych rzędach mogłem obawiać się dźwięków perkusji, których nie zdąży wyłapać nagłośnienie – zdecydowałem się wreszcie na miejsce w 4. rzędzie, skąd miałem widok na całą panoramę sceny i postać gwiazdy wieczoru, Julii Holter.

Ostatni album amerykańskiej artystki Have you in my wilderness” charakteryzował się w moim odczuciu mocno basowym brzmieniem. Może to kwestia świetnie nagranych, głęboko nastrojonych bębnów, bo w Sosnowcu za partie rytmiczne odpowiadał tylko klasyczny kontrabas. Razem z niepozornym zestawem perkusyjnym oraz saksofonem, instrumentarium przywoływało mocno jazzowe skojarzenia – tym bardziej, że na scenie nie było żadnej gitary. Julia uderzała w klawisze o dźwięcznej barwie klawesynu, a skład uzupełniała pani grająca na skrzypcach (i obsługująca laptopa z jabłkiem, rzecz jasna). W podobnych wnętrzach i składzie osobowym grają barokowe orkiestry kameralne; opisuję to bardziej jako koncert muzyki klasycznej, bo tak właśnie się czułem w Sosnowcu, co było zasługą doskonałego dźwięku na sali widowiskowej. Każdy instrument świetnie słyszalny razem w grupie i osobno. Chyba nie byłem jeszcze na koncercie o tak wybornym brzmieniu – i jest to kolejne spełnienie idei całego festiwalu Ars Cameralis.

Najpiękniejszym instrumentem tego wieczoru był bez wątpienia głos Julii. Nie ma w moich słowach kokieterii i nie piszę tak, ponieważ jest wokalistką i główną postacią zespołu, ale faktycznie – używała strun głosowych w bardzo świadomy sposób. Oprócz prowadzenia melodii piosenek, jej partie zbliżone były do zadań śpiewaków operowych – panowała nad siłą głosu, zakresem dźwięków schodzących nawet do charczenia czy zwielokrotnieniem ścieżek w harmonii wokalnej tworzonej na bieżąco z drugą chórzystką. Maxim’s II” rozpoczęła pojedynczym dźwiękiem idealnie trafionym w tonację, bez oparcia w podpowiedzi tonu instrumentu. A mistrzowskim popisem już całego zespołu było wykonanie Betsy on the roof. Zaczęła się jako cicha ballada, a z każdą zwrotką narastała nawet nie intensywnością, ale siłą samych instrumentów, kiedy każdy z muzyków kolejno prezentował swoją partię. Julia dyskretnie kierowała każdym wejściem z osobna i trzymała w garści wszystkie suwaki z głośnością pojedynczych ścieżek. Mógłbym słuchać takiej sekwencji w nieskończoność, triumf perfekcyjnego brzmienia zespołu na żywo.

Samą Julię też mógłbym oglądać bez końca – przyznaję, jestem miłośnikiem śpiewających kobiet. Gdyby nie było to niegrzeczne czy mało dżentelmeńskie, mógłbym porównać pannę Holter do innych muzycznych dziewczyn z czarnymi grzywkami. Od razu zauważyłem, że Julia Holter ma taki sam czerwony klawisz jak jej polska imienniczka – Julia Marcell. W najbardziej nastrojowych momentach koncertu Holter była tak poważna i czuła jak Cat Power, a gdy uśmiechała się ze swobodną piosenką na ustach, widziałem w niej radość Leslie Feist. Jak już wspomniałem – panuje nawet nad potężnymi falami dźwięku z siłą Patti Smith. Niepokojące pulsacje i pomruki mogły być udziałem Charlotte Gainsbourg, z kolei długie, trochę niesamowite opowieści na pianinie komponuje jak Joanna Newsom. Całe to bogactwo nastrojów i osobowości miałem szczęście zobaczyć tamtego wieczoru w jednej osobie.

Koncert rozpoczął się od pojedynczych dźwięków strojenia instrumentów i jest to chyba klucz do piosenek Julii Holter. Moment, gdy zbłąkana melodia znajduje wreszcie swoją tonację, a poważny akord zaczyna wyrywać lekkie piosenki, jest szczególnym elementem w jej muzyce. Harmonia rozumiana jako współbrzmienie wielu różnych odgłosów przynosi spokój i ukojenie w bardziej instynktownym znaczeniu tego słowa. Najdoskonalszym wcieleniem łagodnych, urokliwych dźwięków było skromne Silhouette”, które ozdabiają błądzące chórki oraz akcenty skrzypcowe opadające tylko dla precyzyjnego podkreślenia frazy. Tak bezpośrednia, niemal popowa piosenka jak Feel you” jest godnie uszlachetniona starannym, niemal barokowym aranżem. Podobnie plażowy utwór Julii, Sea calls me home” przełamany z jednej strony ekspresyjną solówką saksofonu, a z drugiej pogodnym gwizdaniem. Bo ten czar wzbogacenia prostych piosenek działa też w drugą stronę – gdy po dłuższym, jeszcze niewyklarowanym szkicu nowego utworu panna Holter wplata tekst o “twoich oczach”, od razu unosi on całą kompozycję.

Wyszedłem z koncertu bardzo szczęśliwy, aby przy wyjściu z sali Muza” uszczęśliwić się jeszcze bardziej. Ponieważ przy drzwiach, za stolikiem ze swoimi gadżetami, stała sobie Julia Holter. Spokojnie podpisywała płyty, uśmiechała się i prawie bym jej nie poznał tak nagle, po dużym, angażującym koncercie. Nie chciałem żeby się podpisywała na jakimś świstku, dlatego poprosiłem o autograf w książce, którą akurat czytałem – Serce umiera ostatnie” Margaret Atwood. Zupełnie nie byłem przygotowany na to, że Julia mogłaby zwrócić na mnie uwagę, więc gdy zapytała, co to za książka, odpowiedziałem The heart goes last” (co okazało się trafnym tłumaczeniem z polskiego i zabrzmiało jak tytuł jednej z jej piosenek). Wydukałem coś jeszcze o science-fiction i a-po-caly-ptic klimacie i ojej, rozmawialiśmy o literaturze, więc z głośno bijącym sercem, które podeszło mi do gardła, wydusiłem jakieś dziękuję i odszedłem z małym spełnionym marzeniem.

Właściwie książka Margaret Atwood ma wiele wspólnego z muzyką Julii Holter. Serce umiera ostatnie” odznacza się wartką akcją, fabuła biegnie do kolejnych twistów podobnie jak szybko grają bębny zespołu Julii (chociażby w Everytime boots”). Książkę można określić jako science-fiction, romans lub kryminał, a kompozycje Holter też są skomplikowane gatunkowo. Akcja powieści toczy się w przyszłości, lecz dużo jest stylizacji na lata 50. XX wieku – a płyty Julii charakteryzują się nowoczesną produkcją, nie tracąc barokowej naturalności żywych instrumentów. Wreszcie tonacja całości – The heart goes last” trudno nazwać typową powieścią o końcu świata, bo nad wszystkim unosi się raczej pogodna przekora w uspokajającym  humorystycznym, tonie. Tak jak piosenki Julii Holter – opowiadają poważne historie, nie sposób jednak pominąć zawartych w nich swobody i beztroski.

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz