Na przełomie lat 1944-1945 ludność cywilna Prus Wschodnich (dzisiejszy Kaliningrad i północno-wschodnia część Polski) zmuszona była do ucieczki. Było już oczywiste, że Niemcy przegrywają wojnę. Armia Czerwona coraz szybciej posuwała się naprzód, więc naziści musieli pospiesznie wycofywać się na zachód. Niemieccy cywile, którym nie udało się uciec do Rzeszy, zginęli albo zostali wyrzuceni ze swoich domów – pozbawiono ich więc schronienia i środków do życia. Tysiące osieroconych dzieci uciekło wtedy do pobliskich lasów, walcząc tam o przetrwanie. Towarzyszył im nieznośny głód, zimno i ciągłe zagrożenie ze strony Sowietów rozsianych już po całych Prusach. Opuszczone, tułające się po okolicy nazywane były Wolfskinder – wilczymi dziećmi.

Najczęściej jedyną szansą ocalenia życia było dotarcie na sąsiadującą z Prusami Litwę – dzieciom udawało się tam wyprosić jedzenie albo chwilowe schronienie w zamian za pomoc przy gospodarstwie. Często zdarzało się też, że litewskie rodziny przygarniały sieroty – szczególnie te młodsze, które szybko uczyły się nowego języka. Dokładna liczba dzieci, którymi zaopiekowali się Litwini nie jest znana. Szacuje się, że było ich kilkadziesiąt tysięcy. Litwini nadawali im nowe imiona i zabraniali przyznawać się do swoich prawdziwych korzeni, aby nie narażać ich i siebie – ocalenie małych Niemców groziło bowiem deportacją na Syberię. Wiadomo, że niektóre dzieci adoptowali też Rosjanie, ale dokumenty na ten temat nie zostały nigdy upublicznione.

W Polsce nie ma wielu opracowań o Wolfskinder, choć temat ten coraz częściej wypływa. Kilka lat temu w polskim „Newsweeku” opublikowano interesujący reportaż na ten temat, a w 2012 pojawiła się książka Ingeborg Jacobs pt. „Wilcze dziecko: niezwykła historia Liesabeth Otto urodzonej w Prusach Wschodnich”. Rok później mogliśmy też obejrzeć w kinach niemiecki film fabularny „Wolfskinder”. Książka Alvydasa Šlepikasa, litewskiego poety, powieściopisarza, a także dramaturga i aktora, to kolejna próba przybliżenia sytuacji, w jakiej po wojnie znaleźli się mieszkańcy Prus Wschodnich.

Mam na imię Marytė” nie jest reportażem, ale język, którym posługuje się autor, przywodzi na myśl właśnie ten gatunek – zdania są krótkie, referujące (choć od czasu do czasu pojawiają się również poetyckie frazy). W niektórych fragmentach można odnieść wrażenie, że autor wplata w narrację pospiesznie spisane wspomnienia osoby, która opowiedziała mu o tamtym czasie. Zresztą autor w posłowiu przyznał, że książka rzeczywiście inspirowana jest bardzo osobistymi reminiscencjami kobiety mieszkającej obecnie na Litwie, która ocalała jako wilcze dziecko, oraz innymi opowieściami osób znających Wolfskinder. W powieści świat pokazany jest więc z perspektywy dzieci i kobiet, które najdotkliwiej doświadczyły wówczas sowieckiej agresji. Narrator już na początku zarysowuje ich losy. Wypędzone ze swojego domu przez nowych mieszkańców do szopy, musiały zmagać się z brakiem jedzenia, chłodem oraz agresją żołnierzy sowieckich.

Šlepikas rysuje w swojej książce portret szlachetnych Litwinów, którzy, pomimo biedy i zagrożenia, postanawiają zaopiekować się niemieckimi sierotami, subtelnie podkreślając to, jak wiele Wolfskinder im zawdzięczają. Nie popada jednak w złudny idealizm tej sytuacji, poruszając przecież w całej książce bolesną kwestię zacierania się prawdziwej tożsamości tych dzieci:

Eva każe swoim dzieciom powtórzyć, kim są i skąd pochodzą.

Gdziekolwiek się kiedyś znajdziecie, jeśli nawet mnie nie będzie, pamiętajcie – mówi i dzieci rozumieją, że to bardzo ważne, żeby wiedzieć i pamiętać, kim są i skąd pochodzą.

Powtórz, kochanie, powtórz i zapamiętaj.

Nazywam się Monika Schukat. Urodziłam się 9 marca 1936 roku. Jestem córką Rudolfa i Evy…

Nie zapomnij imion braci i sióstr.

– …córką Rudolfa i Evy… Mam dwóch braci: młodszego Helmuta i starszego Heinza, i dwie siostry: Brigittę i Renatę.

A narodowość?

Jestem Niemką.

Podobną scenę zobaczymy też we wspomnianym wcześniej filmie „Wolfskinder”. Perspektywa tego, że dzieci zapomną o swoich korzeniach, musiała być dotkliwa dla wielu rodziców. Sam tytuł powieści nawiązuje do losów głównej bohaterki, Renaty, która po śmierci wszystkich bliskich zaczęła ukrywać się w lesie, a później trafiła do Litwinów, od których dostała nowe imię – Marytė.

Powojenny los wielu potomków Niemców pochodzących z pruskich ziem jest równie trudnym kawałkiem historii, jak ich wcześniejsza samotna tułaczka i życie w ukryciu. Jesienią 1947 Sowieci zarejestrowali prawie 5 tysięcy niemieckich sierot, a następnie wysłali je pociągami do NRD, gdzie trafiały do domów dziecka. Podróż, bez jedzenia i podstawowych warunków sanitarnych, trwała jednak kilka dni, dlatego niektórym z nich nie udało się jej przeżyć. Sieroty, które zostały na Litwie z nowymi rodzinami w większości pozostały nieznane. Dopiero po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku, kiedy Litwa uzyskała niepodległość, Wolfskinder mogły przyznać, kim naprawdę są, ale wiele spośród nich nie identyfikowało się już ze swoimi niemieckimi korzeniami. Tylko nieliczni wrócili wtedy do Niemiec. Założona w 1992 organizacja “Edelweiss – Wolfskinder” (pol. „Szarotka – Wilcze dzieci”), skupiła około 250 „wilcząt” mieszkających na Litwie. Dzisiaj na litewskiej ziemi wciąż żyje prawie setka z nich.

 

*Książka Šlepikasa zakwalifikowała się w tym roku do finału Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”.

Zdjęcie główne: kadr z filmu „Wolfskinder”

 

Alvydas Šlepikas, Mam na imię Marytė, Wydawnictwo KEW, 2015.

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz