Po jednej z pierwszych projekcji filmu zaczepił go pewien Ukrainiec. Był bardzo poruszony, wyznał, że „Wołyń” to film o nim: że ojciec zabił w latach 40. żonę, czyli jego matkę, po to żeby mógł siebie i syna ocalić. Kobieta była Polką.

Reżyser wyjaśnił, że po tym wyznaniu twarz mężczyzny się rozjaśniła i odszedł już wyraźnie uspokojony. On musiał o tym komuś powiedzieć, wyznał Wojtek Smarzowski. A ja później zostałem z tym sam – dodał. Twórca „Wołynia” podzielił się z widownią tą historią na wieczornym spotkaniu, które odbyło się 10 października we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty. A wyznań i refleksji było tamtego wieczoru znacznie więcej. Wiele osób spośród widowni wcale nie pytało o kwestie dotyczące samego filmu, ale mówiło o własnych odczuciach po jego obejrzeniu.

Bo tegoroczna jesień, głównie dzięki filmowi Smarzowskiego, ale także za sprawą opublikowanego prawie w tym samym czasie głośnego reportażu Witolda Szabłowskiego, stała się chwilą niemalże symboliczną. I film, i książka „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia” wywołały spontaniczny wzrost zainteresowania wydarzeniami na Wołyniu w latach 1943-1944. Problem, który od lat sukcesywnie zakopywano, został ponownie wywleczony na wierzch.

Skala rzezi wołyńskiej jest nie do pojęcia, dlatego branie na warsztat tego tematu szybko mogło okazać się totalną klęską. Epatowanie przemocą, z którą jednak nierozerwalnie wiąże się historia Wołynia, do niczego nie prowadzi, za to może stać się pożywką dla szukających mocnych wrażeń. Film Smarzowskiego rzeczywiście obfituje w krwawe sceny, ale na szczęście granica, za którą mamy już poczucie fetyszyzacji cierpienia, nie zostaje tu przekroczona (choć reżyser ociera się o nią). Trzeba dodać, że Smarzowski ani nie ucieka od polskich win, ani też nie zapomina o zaakcentowaniu, że na Wołyniu byli także sprawiedliwi Ukraińcy. Robi to jednak powierzchownie. W tym aspekcie Szabłowski uzupełnia wiedzę o tym, co możemy zobaczyć u Smarzowskiego. Reporter w wyważony sposób dozuje czytelnikowi opisy okrucieństwa, skupiając się na przedstawieniu bardzo osobistych historii Ukraińców, którzy w czasie rzezi ratowali Polaków, narażając przy tym własne życie. Obaj panowie przyjmują różne perspektywy. U Smarzowskiego mamy podgląd na wycinek historii polsko-ukraińskiego konfliktu, dlatego nie ma tam miejsca na rozwijanie osobowości bohaterów, tak by widz mógł się z nimi utożsamiać. Szabłowski z kolei daje zbliżenie na pojedynczych, realnych ludzi, którzy znaleźli się w tym kotle.

Nie chcę tutaj jednak ani streszczać fabuł filmu i książki, ani roztrząsać przewijających się tam wątków czy zastosowanych zabiegów. Można by na ten temat pisać długo, to raz, a dwa – powielając słowa innych osób, ponieważ podobnych tekstów codziennie lawinowo przybywa. Interesuje mnie jednak odbiór „Wołynia” i „Sprawiedliwych zdrajców” jako dzieł artystycznych, które wyrastają poza swoje ramy i oddziałują na całe społeczeństwo – także tę jego część, która zazwyczaj pozostaje gdzieś na obrzeżach kultury (a może nawet przede wszystkim?).

Od jakiegoś czasu widzimy, że szum medialny wokół najnowszych artefaktów o Wołyniu idzie w parze z ożywieniem w kręgach politycznych. W lipcu Sejm przyjął uchwałę w sprawie rzezi wołyńskiej ze stwierdzeniem o ludobójstwie, a 11 lipca ogłoszono Dniem Pamięci o Polakach-Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich, co wyraźnie nie spodobało się wielu Ukraińcom. Petro Poroszenko oficjalnie wyraził żal związany z treścią tej uchwały, która, jego zdaniem, będzie obecnie wykorzystywana do politycznych spekulacji. Z kolei znany w Polsce ukraiński pisarz, Jurij Andruchowycz, w ramach odpowiedzi na politykę polskiego rządu, wezwał ukraiński parlament do ustanowienia Dnia Pamięci Ofiar Polskich Represji, upamiętniającego ofiary zaborczej polityki II RP wobec Ukraińców. To właśnie między innymi te działania na szczeblu państwowym doskonale pokazują, jak mocno kultura (którą niektórzy uparcie odsyłają do lamusa) potrafi wgryźć się w inne aspekty życia. Okazuje się, że pomimo ocieplenia stosunków polsko-ukraińskich w ostatnich latach, ten trudny kawałek naszej wspólnej historii wciąż jeszcze pozostaje do przepracowania.

Co o Wołyniu mówi się na Ukrainie? No cóż, tak my, jak i Ukraińcy mamy własną pamięć. My pamiętamy o mordach na Polakach, oni przypominają o paleniach ich wiosek dokonywanych później w odwecie. My wspominamy z nostalgią Kresy, oni przypominają o ucisku polskiej władzy i złym traktowaniu Ukraińców w okresie międzywojnia. Ale to oczywiście pewne uproszczenie. Przecież ani my tutaj, ani oni tam, nie zawsze widzimy sprawę tak jednoznacznie. Szabłowski dołącza do tego właśnie grona, które nie chce patrzeć na rzeź wołyńską z uczuciem wyższości moralnej. Wszędzie są jacyś zdrajcy i jacyś sprawiedliwi. Jeśli więc wspominamy o banderowcach, to wspominajmy też o Ukraińcach, którzy narażali życie, aby ratować swoich polskich sąsiadów. Autor pokazuje, że trzeba w końcu dopuścić do siebie dwa, być może niewygodne, fakty: to, że na Wołyniu znaleźli się Polacy, którzy dokonali zemsty na ukraińskich cywilach, i to, że wielu Ukraińców przeciwstawiało się barbarzyńskiej walce o wolną Ukrainę, którą prowadzili ich współbratymcy, poprzez ratowanie życia setek Polaków, za co przecież groziła im śmierć. Ale pamięć o tych okolicznościach, nie może wymazać grozy tamtych zdarzeń i skali okrucieństwa wobec Polaków.

Historia w filmie Smarzowskiego jest porwana, nielinearna – wydarzenia nie są w żaden sposób objaśnione, nie ma napisów informujących o dacie czy dokładnym miejscu. Taki kolaż funduje widzowi chaos emocjonalny: buduje nastrój strachu, a w niektórych wyzwala również nienawiść. I choć przyznam, że mnie podczas oglądania filmu nie towarzyszyło to uczucie, wiem, że były i takie reakcje. Smarzowski, na wspomnianym wcześniej spotkaniu, odpierając zarzut chaotyczności następujących po sobie scen, powiedział ważną rzecz: jego film wcale nie miał być podręcznikiem do historii. I całe szczęście, ciśnie mi się na usta, bo tylko z takim podejściem można stworzyć dzieło, którego przekaz trafia do naszej sfery emocjonalnej. Nawet jeśli oglądane sceny nagle wyzwolą w nas potężną nienawiść do wszystkich Ukraińców, jacy stąpają po tej ziemi, to po filmie powinna przyjść refleksja dokąd ta nienawiść prowadzi. Ani Smarzowski, ani Szabłowski nie są zainteresowani tworzeniem streszczeń na temat historii stosunków polsko-ukraińskich. Jednak swoimi dziełami grzebią w naszych sumieniach, wskazują na złożoność poruszonego tematu i niemożność obiektywnej oceny. To dobrze. Ale co z tą nienawiścią? Czy takie filmy, jak ten Smarzowskiego, mogą wzmocnić nacjonalizm i podziały? Niestety, jeśli nadal nie będziemy potrafili głośno o tej traumie rozmawiać, to myślę, że tak. Zrozumienie wymaga wcześniejszej edukacji. Przecież nikt nie rodzi się nacjonalistą, ani nie zostaje nim po obejrzeniu jednego filmu. Może przyszła więc kolej na pracę polskich i ukraińskich historyków? To oni w dużym stopniu tworzą narrację o historii, odpowiadają za to, czego uczą nas w szkołach. Szabłowski w którymś momencie smutno konstatuje: Nas w naszej historii tylko mordowali, nie ma miejsca na takich, co próbowali ratować… A i po drugiej stronie – z całą pewnością – jest w tej kwestii sporo do zrobienia. Chyba najwyższy czas uporać się z tragicznymi wydarzeniami na Wołyniu, pamiętając, że historia nigdy nie jest czarno-biała.

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz