Konflikt we wrocławskim Teatrze Polskim przestał być potyczką między niepokornym Krzysztofem Mieszkowskim a złymi urzędnikami marszałkowskimi. Jego finał to zamach na wolność sztuki i niezależność teatru stolicy Dolnego Śląska. Cyrk, jaki ma miejsce w naszej sławetnej Europejskiej Stolicy Kultury, już dawno przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

Na miejsce dyrektora jednej z największych w Polsce placówek teatralnym zostaje powołany człowiek, któremu brak doświadczenia, a pełnomocny wyrok w sprawie straty ponad 9 milionów złotych wytykają wszyscy tą sprawą zainteresowani. Oczywiście pojawiają się głosy, że przecież nie można skreślać kogoś, kto nie ma doświadczenia, bo jak inaczej ktokolwiek w jakiejkolwiek pracy miałby awansować. Ale przepraszam bardzo, pan Cezary Morawski przeskoczył ze stanowiska sekretarki na głównego księgowego. Chciałabym, aby ktoś mi podał w tym momencie reprezentatywny przykład takiego awansu, gdzie za chwilę by się nie okazało, że romans między sekretarką a prezesem to tajemnica poliszynela. Nikt z nas oczywiście nie miał wglądu w aplikację pana Morawskiego, ale jeżeli siedzący w komisji pan Krystian Lupa w duecie w panem Piotrem Rudzkim alarmują, że głosowanie ustawiono, brak było dyskusji po prezentacjach, tzn. zaistniało słynne 16 minut, a wygrany większość czasu poświęcił na tłumaczenie się z ZASP-u, to ja im wierzę. Znam obie te postaci i nie mam podstaw, aby tego nie robić.

Mieszkowskiego od wielu lat próbowano usunąć ze stanowiska. Zespół niejednokrotnie bronił jego osoby, ale tym razem mamy do czynienia z pewnym precedensem, na który wiele osób wcale nie zwraca uwagi. Pracownicy Teatry Polskiego w specjalnym oświadczeniu odcięli się od upolitycznienia tego sporu, od wspólnego wystąpienia Mieszkowskiego i Ryszarda Petru (szefa .Nowoczesnej) i zaznaczyli, że w tym konflikcie występują jako artyści, którzy poświęcili swoją energię na budowę renomy Polskiego. Z Krzysztofem Mieszkowskim za sterami, od tego nikt się nie odcina, ale nie jest to już obrona dotychczasowego dyrektora, a walka o uczciwe wybranie jego następcy. W porozumieniu z ludźmi, którzy mają z nim ten teatr tworzyć. Ale Urząd Marszałkowskim był w tej kwestii niewzruszony. Mimo rozmów, jakie prowadził z przedstawicielami teatru, nie zawahał się ani przez moment, ani nie zmienił decyzji rady konkursowej.

„Dobra, ale w sumie jak się komuś nie podoba Morawski, to przecież może złożyć wypowiedzenie, droga wolna.” Jasne, pozornie racjonalny argument. Ale jest w tym coś bardzo niepokojącego. Stawia on artystę, aktora, po prostu pracownika w roli osoby, która ma odebrać polecenie, wykonać je i zbytnio nie zastanawiać się po co i dlaczego. Teatr jest po to, abyśmy mogli w nim oglądać klasyczne inscenizacje Zemsty, Wesela czy Kordiana. Przez Michała Zadarę Dziady zapewne już się w  tym gronie nie mieszczą, bo jednak są obrazoburcze (słynne „Przestań wyć! To świętość narodowa!” pod adresem Bartosza Porczyka). Powinno być prosto, z przesłaniem patriotycznym, a widownia ma się dobrze bawić. Jak w multipleksie. Aktorzy zostali sprowadzeni do roli najemników, których zdanie i opinia absolutnie się nie liczą. Urzędnicy stanowczo pokazali im, że nie mają prawa głosu.

„Niech sobie prywatny teatr założą!” –  To zdanie pokazuje kolejny raz, jak niski poziom wiedzy reprezentują ci, co takie farmazony głoszą. Teatr prywatny to teatr niedemokratyczny, to teatr bez wolnej sztuki, to teatr zniewolony. Dlaczego? Przechodzi w pełną komercjalizację. Bilety mają się po prostu sprzedawać i to jak najdrożej. Niepotrzebna jest wtedy platforma dialogu. Brakuje przestrzeni na eksperymenty, miejsca dla nowicjuszy, debiutantów. Teatry prywatne nie prowadzą działalności edukacyjnej (w przeciwieństwie do Polskiego chociażby) bo jest ona NIEOPŁACALNA. Koniec. Kropka. Wszystko zostaje wyliczone na jak największy zysk. Ponurym żartem jest to, że np. w Nowym Jorku istnieje JEDEN teatr publiczny. A legenda Broadwayu dawno przygasła – nie produkuje się już tam przedstawień, na których „powinno się bywać”. Stał się on miałką rozrywką (chętnych odsyłam do artykułu sprzed kilku miesięcy: http://kajetkulturowy.pl/2016/03/13/kultura-nie-zawsze-w-cenie/ ). W Polsce teatry publiczne mają konstytucyjnie zagwarantowane pokrycie kosztów utrzymania ze środków publicznych. W przypadku Teatru Polskiego we Wrocławiu pieniądze te powinny iść z Urzędu Marszałkowskiego. Powinny. Niestety, od lat, ta placówka była STRUKTURALNIE niedofinansowana! Mam wrażenie, że mimo wielokrotnego tłumaczenia tego terminu wiele osób nadal nie wie, co on znaczy.

Pieniądze, jakie otrzymywał Teatr Polski od Marszałka miały całkowicie pokryć koszty utrzymania wszystkich trzech scen. Kolejne dofinansowanie, jakie teatr dostawał, było z Ministerstwa Kultury. ALE! – środki ministerialne miały być docelowo poświęcone rozwojowi repertuaru, celom artystycznym, niestety, ze względu na to, iż fundusze otrzymywane od Marszałka nie pokrywały kosztów utrzymania teatru, szły na to pieniądze z ministerstwa. Mieszkowski przez lata starał się jak mógł zakryć tę dziurę w budżecie, ale z pustego to i Salomon nie naleje.

Po ostatnich dwóch tygodniach ostrej walki o tę placówkę jestem przede wszystkim wkurwiona. Z bezsilności. Na moich oczach, oczach aktywnego widza teatralnego, zniszczono przepiękne miejsce. Wrocławska Europejska Stolica Kultury z miesiąca na miesiąc robiła się coraz bardziej groteskowa, ale w tym momencie już nawet nie potrafię się z otaczających nas paradoksów śmiać. W tydzień zniszczono teatr, którego renomę ludzie budowali od 10 lat. Artystom pokazano, gdzie ich miejsce, że nie mogą decydować o swojej przyszłości. A publiczności – obwieszczono dobrą zmianę. Nie wiem komu i dlaczego tak bardzo zależało na zniszczeniu tej wizytówki Wrocławia – zapanowała ponadpartyjna jednomyślność.

 

*zdjęcie główne: Natalia Kabanow

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz