Pierwsze wydanie „Dziennika galernika” ukazało się w Polsce dziesięć lat temu. Ja przeczytałam te, fascynujące skądinąd, zapiski dopiero w zeszłym roku. Któregoś dnia wałęsałam się bez celu po mieście, kolejne zajęcia miały zacząć się za jakiś czas, musiałam czekać. Weszłam do księgarni z tanimi książkami. Na jednym ze stosików zobaczyłam okładki z nazwiskiem Kertész. Ostatni raz czytałam go w liceum – słynny „Los utracony” i „Kadysz na nienarodzone dziecko” na długo zapadają w pamięć.

Nastoletni Imre, Węgier żydowskiego pochodzenia, trafił do obozów koncentracyjnych: najpierw do Auschwitz, później do Buchenwaldu. Wojna zabrała mu prawie całą rodzinę, ocalała jedynie matka. Tamte doświadczenia naznaczyły go na całe życie: O czymkolwiek myślę, zawsze myślę o Auschwitz. Jeśli mówię o czymś na pozór całkiem innym, to i tak mówię o Auschwitz. Jestem medium ducha Auschwitz, Auschwitz mówi przeze mnie. W porównaniu z nim wszystko postrzegam jako bzdurę.

31 marca odszedł. W mediach odnotowano ten fakt, przypominając, że przeżył Holocaust, dostał Nobla, a jego książki zmieniły myślenie o Zagładzie. Wszystko to prawda, ale pomyślałam, że trzeba by dodać coś więcej. Trudno nie poruszać wątku brutalnych doświadczeń z okresu II wojny światowej, mówiąc o tym pisarzu, czego najlepiej dowodzą zacytowane wyżej słowa. Mimo to, muszę przyznać, że największe wrażenie zrobiły na mnie jego luźne zapiski, które często wcale nie dotyczą, przynajmniej w bezpośredni sposób, tematu, z którym, słusznie przecież, go kojarzymy. Treść „Dziennika galernika”, kupionego tamtego dnia w jednej z wrocławskich księgarni, podczas lektury podkreśliłam niemalże w całości. Kertész zmuszał do myślenia. Kompulsywnie zaznaczałam wszystko, co – jak mówią – zabiło mi ćwieka. Pisarz snuje tam ciekawe refleksje na temat znanych osobistości i ich dzieł, pojawiają się między innymi: Nietzsche, Kafka, Freud czy Camus. Kertész zastanawia się nad kwestiami ontologicznymi. Widzi wokół siebie postępującą degrengoladę nowoczesnego społeczeństwa i swoją nieprzystawalność do niego. Pisze: Nigdy nie nauczę się prostej obsługi prostego mechanizmu życia. W odpowiednim czasie nacisnąć odpowiedni guzik, jak to bez trudu robi nowoczesny człowiek-automat. (Prawda, że czasem naciska guzik, którym wysadza się w powietrze.).

Pisarz nie był jednak typem poczciwego, starszego pana.  Budził kontrowersje, a przez swoje trudne usposobienie wielu za nim nie przepadało. Otwarcie mówił, że nie cierpi brzmienia swojego języka ojczystego i samych Węgier. Dobrze czuł się – paradoksalnie –  tylko w Niemczech. W swoich osądach bywał surowy, często zgorzkniały. Zazwyczaj na coś narzekał. Do Boga miał stosunek ambiwalentny, nie był do końca przekonany, co do jego istnienia. Cierpiał na depresję i niemal przez całe życie był o krok od popełnienia samobójstwa.

Mówi się, że jego literatura była przełomowa, jeśli chodzi o refleksję nad Zagładą, ponieważ opisywał tamte doświadczenia chłodno i niemal beznamiętnie: Zupa była dziś z buraków pastewnych i kalarepy, bardzo tu lubiana, i dla rewiru całkiem wyraźnie nalewało się ją z dna kotła, z czego również mogłem być zadowolony. Spędziłem noc w namiocie rewiru, na górnym piętrze boksu, zupełnie sam i nieprzyjemne było tylko to, że o zwykłej porze wypróżnienia już nie mogłem stanąć na nodze, natomiast o pomoc – najpierw szeptem, potem głośno, wreszcie krzycząc – prosiłem bezskutecznie. Nazajutrz rano wraz z innymi ciałami wrzucono też moje na mokrą blachę otwartej ciężarówki i zawieziono do pobliskiej miejscowości… Potworność miesza się tu z monotonią i znudzeniem.  Każdy, kto widział „Syna Szawła”, tegorocznego laureata Oscara dla filmu nieanglojęzycznego, zauważy, że reżyser László Nemes inspirował się dziełem swojego rodaka – wybitnym „Losem utraconym”. Pisarz, który jeszcze przed śmiercią zdążył zobaczyć film, wyrażał się o nim bardzo entuzjastycznie, podkreślając, że twórcy udało się zrekonstruować obraz rzeczywistości obozu koncentracyjnego, który pozostał w jego pamięci. Co ciekawe, kiedy Steven Spielberg nakręcił „Listę Schindlera” Kertész stwierdził, że to zwyczajny kicz. Rzeczywiście, istnieje ogromna różnica między sposobem opowiadania o Holokauście w tych filmach, o czym pisałam w innym miejscu.

Jeszcze w tym miesiącu ukaże się w Polsce jego „Ostatnia osada”. Książka, która również ma charakter wspomnień. Zapiski, tak jak w „Dzienniku…”, nie są tu dokładnie datowane, wiadomo jedynie, że pochodzą z lat 2001-2009. Kertész pisze o upadku Zachodu, snuje refleksje na temat współczesności, ale przede wszystkim opowiada o swojej chorobie (cierpiał na Parkinsona), która powoli zbliża go ku ostateczności, strącając w mizerię nie tylko fizyczną, ale i psychiczną. Lektura, jak zwykle w przypadku tego autora, nie będzie zapewne należała do tych łatwych i przyjemnych, ale być może pisarzowi uda się czytelników po raz kolejny czymś zaskoczyć i skłonić do namysłu.

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz