Obyś żył w ciekawych czasach… Jakkolwiek nierozsądne może się okazać takie życzenie w praktyce, zawsze cieszy, że znaczące wydarzenia mogą stać się inspiracją dla artystów, którzy opiszą je z bezpiecznej odległości. W ostatnim czasie swoją premierę miały dwie bardzo aktualne płyty – „Karabin” Marii Peszek i „Proxy” Julii Marcell. Od razu muszę powiedzieć, że ta druga pani wzbudza we mnie żywsze uczucia, ale obie wokalistki stawiają bardzo ciekawe analizy i warto posłuchać ich głosu.

Złośliwość w stosunku do Marii Peszek może wyglądać na zbyt prostą reakcję, ale od razu muszę skrytykować refren pierwszego singla z płyty „Karabin”. „Polska A B C i D” opowiada najwyraźniej o naszym kraju, po co więc zawiera w sobie anglojęzyczną linijkę o nieocenianiu książki po okładce? Nie jestem  jakimś purystą narodowym, bardziej przeszkadza mi brak logiki takiego wtrącenia; zmiana języka nie jest w ogóle uzasadniona i wynika pewnie tylko z wygody śpiewania. To część większego problemu, bo warstwa liryczna płyty, która wydaje się być głównym przekaźnikiem ideologii Peszek, rozczarowuje najbardziej – dosłownością i notorycznymi rymami częstochowskimi. Nagminne łączenie prostych wyrazów staje się naprawdę męczące i dla ucha, i dla zdrowego rozsądku: coraz bliższy Bliski Wschód / coraz większy strach i chłód,  czego ZOMO pałą / nie zajebało, hejt powszedni / jak chleb, jak obiad na stole (tak, domyśliliśmy się). Można pokusić się o stwierdzenie, że Maria Peszek jest jak Donald Trump. Populistyczny kandydat na prezydenta USA komunikuje się za pomocą jak najkrótszych, najprostszych wyrazów, akcentując koniec zdania mocnym, zapadającym w pamięć słowem. Nawet życzliwy artystce Bartek Chaciński pisze w swojej recenzji, że teksty „przesłaniają trochę muzyczne walory piosenek” co ma oznaczać chyba mało porywający poziom materiału.Tak jak na poprzedniej płycie, piosenki zostały wyprodukowane przez Michała „Foxa” Króla, którego brzmienie oparte na rytmicznych uderzeniach klawiszy i zimnej elektronice jak ulał pasuje do haseł skandowanych przez Marię Peszek.

Rozpocząłem od linijki w odmiennym języku, bo w podobny sposób zmieniała zwyczaje Julia Marcell. Od początku była kojarzona głównie z angielskim, na drugiej płycie wykorzystała polski także jednym wersem („Echo”), trzeci album przyniósł pełną piosenkę w rodzimym języku („Cincina”), a najnowsze wydawnictwo „Proxy” w całości napisane jest po polsku. Chociaż, jak przyznaje sama wokalistka, język ten jest trudniejszy nie tylko do spisania, ale przede wszystkim do wyartykułowania. Moim ulubionym zabiegiem  u Julii są śmiałe spolszczenia angielskich wyrazów – „Tesco” z K, „Tarantino” z mocnym R, swojsko brzmiący „Andrew” i szpanerskie brandingi nejmtagami.  Być może takie słowotwórcze zabiegi mówią o relacji (nie tylko muzycznej) dwujęzyczności więcej niż uczone analizy ekspertów. Sylaby po polsku są trudniejsze do zaśpiewania niż okrągłe angielskie samogłoski, ale mam wrażenie, że nagromadzenie różnego akcentowania dodaje tylko ciekawej dynamiki – niełatwe brzmienia słów pozwalają odbijać się od nowych rytmów w obrębie samych wyrazów. Tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z tak elektroniczną, miejscami taneczną płytą jak „Proxy”. Julia Marcell starannie dobiera stylistykę muzyczną do tematyki albumu, więc po zbuntowanych i gitarowych „Sentiments” opowiada o współczesnych technologiach komputerowo generowanymi dźwiękami. Oszczędne gitary akcentują równo nastawione tempo, a delikatna perkusja zachęca do lekkiego tańca. Jedyną wadą może być fakt, że ułożenie brzmieniowe zlewa ze sobą muzycznie utwory w środku płyty, ale najważniejsze są i tak teksty mówiące bezpośrednio o tu i teraz.

Miłość na obu płytach przedstawionych tu artystek traktowana jest dość instrumentalnie. To nie jest przypadek, że z piosenki „Tesko” najłatwiej zapamiętać wers Julii Marcell kochaj mnie kochaj, mówiący o odkryciu w sobie gorącego uczucia do kapitalizmu. Ten utwór zawiera także najwybitniejszą kodę tekstową, gdy autorka swobodnie rozszerza liczbę sylab w wersecie i za swoją dewocją ochoczo biegnie w ślad promocji nawet do bram piekielnych (bo okazje nie mogą być przecież złe, vide Myslovitz  i „niekończące się promocje”, czyli najładniejsze wyrażenie ich ostatniej płycie). W podobny sposób Maria Peszek wykorzystuje miłość do walki o… pacyfizm. Wręcz trzeba robić miłość / a nie wojnę, a „Żołnierzyk” brutalnie sprzeciwia się wysyłaniu chłopców „z oczami koloru trawy” na pola walki. Cały „Karabin” jest skierowany przeciwko przemocy, która u Julii Marcell staje się elementem popkultury. W piosence mającej w tytule Quentina  „Tarantino”, nie tylko w telewizorach, ale nawet z okładek kobiecych pism – przemoc, uśmiecha się w bikinii zastępując w tym stroju śmierć z utworu Grzegorza Ciechowskiego. Bo na „Proxy” miłość nie jest już nawet częścią popkultury, ale integralnym elementem algorytmu internetowego, gdy Marcell dostarcza najnowszy dowód uczucia, który cudem jeszcze nie zdewaluował się na memach i kwejkach – wiesz o mnie więcej niż Google.

Mógłbym jeszcze przeżyć małe skomplikowanie piosenek Marii Peszek, gorzej że jej obraz świata jest tak prosty, jak konstrukcja tekstów: bach, bach / wolność albo strach. Tam gdzie Peszek przedstawia dramaty w skali makro („Krew na ulicach”), tam czerwony siniec pojawia się jako mały szczegół okładki na kolanie Julii Marcell. Ona też śpiewa o politycznym zagrożeniu demokracji, ale od razu przyjmuje osobistą perspektywę, już w tytule zaznaczając że chodzi nie o wszystkie Polski, lecz „Ministerstwo mojej głowy”. Najbardziej poruszającym wyznaniem jest „Andrew”, gorzka opowieść o samotności normalnej dziewczyny XXI wieku, która szuka miłości na portalach randkowych i pragnie współczucia emailowego bota z Amazonu. Dotkliwie zwyczajny teledysk wygląda jak smartfonowy film Spike’a Jonze do scenariusza Sofii Coppoli o internetowych relacjach naszych czasów.

Najciekawszy na płycie „Karabin” jest sam początek, kiedy autorka wciąga nas w prowokacyjną rymowankę Jezus Maria Peszek / syn i córka żyda, co świetnie uświadamia jak łatwo, niemal odruchowo można rzucić oskarżenia. Ten zabieg słowno-muzyczny naprawdę działa, ale dalej jest tylko gorzej, bo sama artystka zapomina o deklaracji ja tylko mówię (…) mój głos to szept, nie krzyk. Mimo, że tematem płyty wydaje się być sprzeciw agresji werbalnej, to Maria Peszek sama ją wywołuje w mocnym do granic „Modern Holocaust”. Celowo zestawia obelgi hejterów, dostarczając kolejną amunicję do konfliktu, odpowiadając na ataki z takim samym ciężarem emocjonalnym. Może nie taka była  intencja, ale dla mnie w tym właśnie przejawia się największa różnica pomiędzy Marią Peszek i Julią Marcell. Ta pierwsza to „Karabin”, bo reaguje na zaczepki świata i wdaje się z nim w ożywioną, równie agresywną dyskusję. Druga natomiast to „Proxy”, przekaźnik spotkanej wizji coraz bardziej wirtualnej rzeczywistości, którą opisuje i próbuje zrozumieć z rozsądnego dystansu. Dmuchawce, latawce, wiatr / pode mną z Ikei świat.

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz