Był aktorem wodewilowym, operetkowym i filmowym. Nadzwyczajnym humorystą, parodystą, tancerzem i śpiewakiem. Pisano, że odznacza się nieprzeciętną indywidualnością i charyzmą. Jak zauważył jeden z recenzentów: był sześć lat starszy od słynnego kabaretu Zielony Balonik. Urodził się w 1899 roku w Warszawie i stał się nestorem polskiej sztuki estradowej. Tuż przed wojną naraził się Hitlerowi, dlatego przez cały okres okupacji umykał (z powodzeniem) gestapowcom. Ludwik Sempoliński nie cierpiał schabu, uważał się za typowego mieszczucha, a na wakacje jeździł do bułgarskich Złotych Piasków albo Sopotu.

Scena pociągała go od dziecka, choć uczył się w szkole handlowej. Długo brał udział w amatorskich występach, a także w jednym z letnich teatrzyków. Z czasem zaczął występować w teatrach zawodowo. Debiutował w kabarecie Sfinks w lipcu 1918 roku, a później przyjęto go do zespołu Nowości, gdzie poznawał największe gwiazdy warszawskiej podkasanej muzy i nabywał doświadczenie. Grał w Teatrach Stołecznych prowadzonych przez Ludwika Hellera, a także na scenach poza Warszawą – w Krakowie i Wilnie. Od 1928 do 1931 występował w słynnej rewii Morskie Oko pod dyrekcją Andrzeja Własta i to właśnie w tym okresie powstała jego słynna piosenka „Tomasz, ach Tomasz”. Pozostał w tym teatrze także po przekształceniu go w Wielką Rewię. W połowie lat 30. zaprezentował znaną piosenkę „Warszawa 1900”, którą przywracał styl epoki fin de siècle’u. Niestety wywoływało to czasem niesmak wśród warszawskiej publiczności, która już wtedy chciała odciąć się od reliktów czasu i podążać za nowoczesnością. Sempoliński występował na jednej scenie z Adolfem Dymszą, Zulą Pogorzelską, Mieczysławem Foggiem, Hanką Ordonówną, Lodą Halamą i wieloma innymi wybitnymi postaciami tamtych czasów.

Ostatnim teatrem, w którym pracował, był Ali Baba założony tuż przed wojną przez Andrzeja Własta i Kazimierza Krukowskiego. Sempoliński zdążył stworzyć tam dwie wspaniałe kreacje aktorskie. Najpierw wykonał bowiem znany szlagier pt. „Ostatni posłaniec” – melancholijne pożegnanie ze starą Warszawą, która powoli odchodzi w niepamięć, unowocześniając się. Natomiast wiosną 1939 roku, w atmosferze niepokoju, wystawiono słynną rewię, będącą satyrą polityczną, w której zasłynął parodią Hitlera.

Hitlerowski wąsik

Aktor, jak sam przyznawał, tuż przed wybuchem wojny był tak pochłonięty występami i próbami, że jego życie pozateatralne ograniczyło się do przesiadywania w kawiarni Europejskiej lub SIM-ie.  Tymczasem już w sierpniu wielu aktorów nocowało w podziemiach Teatru Wielkiego, gdzie w rozległych piwnicach przygotowano schron. Ostrzegano go, aby w razie wybuchu wojny uważał na siebie. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Niemcy będą chcieli go znaleźć. Powodem zagrożenia w jakim się znalazł, była wspomniana wcześniej rewia teatrzyku Ali Baba pod wymownym tytułem „Orzeł czy Rzeszka”.

To właśnie w tym widowisku, które było apoteozą jedności przeciwko hitleryzmowi, zagrał Führera. Ucharakteryzowany na Chaplina wbiegł na scenę, nucąc ze smutkiem słynną piosenkę „Ten wąsik” na melodię chaplinowskiej „Titiny”. Autorem tekstu był Marian Hemar – twórca wielu przedwojennych szlagierów, skeczy i dowcipów, kuzyn Stanisława Lema. Uwielbiany przez wszystkich angielski komik skarży się w niej, że Hitler podpatrzył jego nieporadne, śmieszne gesty, wyolbrzymiając je do zachowań furiata. Bohater stara się jednak dalej śmiać, dodając sobie i innym otuchy. W „Panopticum”, czyli półfinale, aktorzy stali na podwyższeniu w charakterze figur woskowych: Sempoliński (jako Hitler, choć to nazwisko w sztuce nie pada), Kazimierz Krukowski (Beck), Mieczysław Fogg (Chamberlain), Wojciech Ruszkowski (Mussolini) oraz Ina Benita (handlarka z czasów rewolucji, jako symbol Francji). Natomiast Mira Zimińska zagrała konferansjerkę, która nakręca każdą z figur, aż ta ożywa i zaczyna śpiewać piosenkę. Głośno oklaskiwano jeden z momentów kulminacyjnych rewii, gdzie Beck ściera się z kanclerzem Rzeszy i pokonuje go.

Po premierze rewii ambasador Rzeszy w Warszawie interweniował w MSZ przeciwko spektaklowi, w którym wyśmiewa się głowę państwa. Kazimierz Krukowski pisał:

Prawie codziennie w południe telefony z Komisariatu Rządu albo z MSZ powodowały zmiany w tekstach względnie w interpretacji aktorskiej Panopticum Figur Wojskowych. W momencie kiedy sytuacja polityczna stawała się bardziej naprężona, kiedy stanowisko Rządu Polskiego usztywniało się, zachowywaliśmy kuplety i wygląd zewnętrzny figur w oryginalnych edycjach. W momentach odprężenia, a nie raz na prośbę lub sugestię ambasady angielskiej lub francuskiej w naszym MSZ, śpiewałem zamiast „Hitler Gdańska nie dostanie” – „zawsze polskim Gdańsk zostanie”. A Sempoliński zamiast na Hitlera charakteryzował się na Goebbelsa. Tłumaczono nam, że na podstawie prawa międzynarodowego nie wolno obrażać głowy państwa, jaką bądź co bądź był w tym okresie Adolf Hitler.1

Przedstawienie cieszyło się w stolicy ogromną popularnością, dlatego od momentu premiery grano je niemal codziennie, aż do września. Rolę Sempolińskiego wielu uznało za jedną z najwybitniejszych kreacji aktorskich, jakie powstały.

Rozbawiona Warszawa odchodzi

W pierwszych dniach wojny teatry próbowały dalej grać. Zaczynał się nowy sezon, wystawiono więc premierowe numery. 1 wrześnie Sempoliński zagrał jeszcze w nowym spektaklu teatru Ali Baba pt. Fakty i pakty.  Niestety występ przebiegał w huku niemieckich samolotów krążących nad Warszawą i w atmosferze zdenerwowania. Nie sposób było udawać, że nic się nie dzieje. 4 września budynek teatrzyku przy ulicy Karowej runął pod bombami. Po kilku dniach siedziby większości teatrów zamieniły się w stertę gruzu.

W nocy z 6 na 7 września pułkownik Roman Umiastowski, szef propagandy Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego, wygłosił w radiu – szeroko komentowany po wojnie – apel do mieszkańców Warszawy, aby wszyscy zdolni do walki mężczyźni ewakuowali się do wschodnich województw, zapewniając, że tam będą zmobilizowani. Poinformowano też, że rząd opuszcza stolicę. Wybuchła panika, ludzie w pośpiechu ruszyli w kierunku warszawskiej Pragi, a następnie dalej na wschód. Wiele osób wynajmowało dorożki, niektórzy wsiadali na rowery, przeważająca większość szła jednak pieszo. Sytuację wykorzystali Niemcy, którzy ostrzeliwali uciekającą ludność z nisko przelatujących samolotów i zrzucali na tłum bomby. Na drogach leżały martwe ciała, a pobocza zapełniły się porzuconymi z powodu braku benzyny samochodami. Wśród uciekających był też Sempoliński. W jednym z miasteczek zobaczył ministra Becka przy pompie benzynowej – Właściciele innych aut błagali o zezwolenie na kupno benzyny, ale on nie chciał o niczym słyszeć. Był nie mniej przerażony niż wszyscy i autorytatywnie oznajmił, że benzyna jest zarezerwowana tylko dla aut rządowych. Widząc ministra i inne wytworne limuzyny, jakby uciekające z Warszawy, zdałem sobie dopiero sprawę z grozy sytuacji.

Aktorowi udało się ujść z życiem i dotrzeć do Brześcia, a stamtąd do Wilna, gdzie przebywały wówczas jego matka i siostra z córką. 11 września wysiadł na dworcu wileńskim i odetchnął z ulgą. W mieście wciąż panował spokój, a on był jednym z pierwszych uchodźców – większość Wileńczyków nie wiedziała o rozkazie Umiastowskiego i nikt nie spodziewał się tłumów, które dopiero miały nadejść. Spokój miasta został szybko zburzony. Wkrótce, 17 września, Armia Radziecka przekroczyła polską granicę, a w Wilnie pojawiły się pierwsze oddziały. Tak opisuje wkroczenie Rosjan Sempoliński:  Wszędzie stały czołgi, przed nimi żołnierze radzieccy, a wokół mnóstwo gapiów, do których żołnierze wygłaszali mowy (…) Wpadłem, jak zwykle, do kawiarni Rudnickiego na plac Katedralny i już nie dostałem kawy prawdziwej, ale zbożową. Poza tym zamiast ciastek kromki chleba razowego z serem. To samo w restauracjach, zamiast wyboru dań – kapuśniak z ziemniakami.

Wieleński dobrobyt

W Wilnie związał się z teatrami muzycznymi Lutnia, a później Miniatury. Lata 1940-1941 określa „błogostanem oazy wileńskiej”. Wilnianie przesiadywali wówczas w znanych kawiarniach (Sztralla, Rudnickiego), a nocne lokale, teatrzyki i operetki cieszyły się dużą popularnością.  Sempoliński nie narzekał więc na brak zajęcia. Prezentował numery jeszcze z czasów przedwojennych, znane warszawskiej publiczności. Przygotowywał również swój recital, który okazał się później dużym sukcesem. Odbył się zresztą najpierw w towarzystwie pięknej Marii Żejmówny, a później, młodziutkiej wówczas, Hanki Bielickiej.

Sempoliński przyznaje, że był to okres, w którym nie czuło się w Wilnie grozy wojny, choć dochodziło do spięć polsko-litewskich. Polakom dawali się we znaki tzw. szaulisi – nacjonalistycznie nastawiona młodzież litewska, ale i nasi rodacy nie stronili od żartów na temat Litwinów.  Chodził taki wielkolud [policjant litewski] długimi krokami, napuszony jak paw, a raczej indyk. A ponieważ indyk po litewsku zwał się kałakutas, więc ze względu na dość pikantnie brzmiącą nazwę w polskim języku nazywano ich kałakutasami.

Wileńskie teatry cieszyły się na ogół względną niezależnością zarówno wtedy, kiedy  Wilno zostało przejęte przez litewski rząd Antanasa Smetony, jak i  po aneksji Republiki Litewskiej przez ZSRR w 1940 roku. Piosenkę „Ten wąsik” parodiującą Hitlera Sempoliński wykonywał w Wilnie wiele razy.

Wsi spokojna, wsi okropna…

Pod koniec czerwca 1941 roku, czyli po wypowiedzeniu wojny przez Hitlera ZSRR, na Wilno spadły pierwsze bomby. Po zajęciu tych terenów przez Rzeszę, Sempoliński postanowił uciekać. Wiedział, że będzie poszukiwany przez gestapo za wykonanie numeru wyśmiewającego Führera. Aż do 1944 roku ukrywał się więc pod nazwiskiem Józef Kalina w podwileńskich miejscowościach. Jego codzienne obowiązki całkowicie zmieniły się, do czego przyzwyczajał się z trudem: pracował jako pastuch koni, był nocnym stróżem, zwoził z chłopami zboże. Nie lubił wsi i nudził się tam. Jak wspomina z charakterystycznym dla siebie humorem: Stale pamiętałem moją przygodę, kiedy jako siedmiolatek zostałem na wsi boleśnie pogryziony przez maciorę, która wyrwała się z kojca, dogoniła mnie i wpiła zęby w mój pośladek. Ledwie mnie wyratowali. Od tego czasu na punkcie wsi miałem obsesję na całe życie.

Tuż przed wycofaniem się Niemców postanowił wrócić do Wilna, licząc na to, że będzie tam bardziej bezpieczny ze względu na duże zamieszanie, jakie panowało w mieście. Wśród Niemców panował chaos, zarządzono szybką ewakuację przed wkroczeniem Armii Radzieckiej. Ze wspomnień aktora bitwa o Wilno wyłania się jako koszmarne dwa tygodnie, w których ukrywał się w piwnicach walących się kamienic. Na szczęście udało mu się przeżyć tę gehennę. Po oswobodzeniu Wilna musiał jednak zdecydować, co dalej.

W nowym świecie

Wilno mocno ucierpiało. Straszyły kikuty spalonych domów, wszędzie leżały gruzy, nie było światła. W przeciwieństwie do warszawskich gmachów teatralnych, te wileńskie ocalały. Mimo to, potrzeba było dużo pracy, aby znowu wrócić do normalności. Zanim udało się wskrzesić życie teatralne w Lutni, Sempoliński postanowił zorganizować na własną rękę jakiś teatrzyk estradowy, dzięki któremu zdobyłby pieniądze w tym trudnym czasie. Występy w ogródku przy knajpie,  których gwiazdą była też Hanka Bielicka, okazały się sukcesem, nawet pomimo odtwarzania starych numerów i nieco prowizorycznych warunków scenicznych.

Kiedy po wojnie zobaczył swoją ukochaną Warszawę, był wstrząśnięty ogromem zniszczeń. Zdałem sobie sprawę, że w Warszawie nie mógłbym na razie zamieszkać. Nie wytrzymałbym nerwowo. Jedyne wyjście to objazd z recitalami po Polsce – pisał.  W 1945 roku znalazł się w Łodzi, którą uważał za jedno z najbrzydszych polskich miast. Tam pracował przez krótki czas w teatrach: Kameralnym i Bagateli, a już od 1946 roku w teatrze Syreny, w którym grał właściwie do końca kariery (1980!), choć z krótkimi przerwami. W 1952 powrócił na niedługi czas do odbudowującej się Warszawy, gdzie najpierw związał się z Teatrem Nowym, a później z nowo powstałą Operetką Warszawską (dzisiaj to słynny Teatr Roma). Otwarcie w 1954 roku Operetki zainaugurowano spektaklem „Domek trzech dziewcząt”. Było to istotne wydarzenie w życiu kulturowym stolicy, bo oznaczało częściowy powrót do popularnej przed wojną tradycji estradowej. Z kolei w 1946 roku można było Sempolińskiego zobaczyć w znanym krakowskim kabarecie 7 Kotów, założonym przed Mariana Eliego i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W 1956 roku podpisał  także umowę z teatrem Buffo, który, korzystając z gorącej sytuacji w kraju, wykorzystywał w swoich programach satyrę polityczną.

Profesor Sempoła

Sempoliński był wybitnym aktorem przed- i powojennym, który zasłynął głównie jako artysta wodewilowy i operetkowy. Ma jednak w swoim dorobku także role filmowe. Zagrał w ponad dwudziestu produkcjach. Ale jak się okazało – przejawiał zdolności nie tylko aktorskie. W 1964 roku przeżył zawał i trafił na dłuższy czas do szpitala, gdzie zaczął pracę nad książką pt. “Wielcy artyści małych scen”, która stała się bestsellerową kroniką polskiej operetki i kabaretów działających między 1909 rokiem a wybuchem wojny. A więc był też, poniekąd, literatem.

Trzeba również wspomnieć o jeszcze jednej roli życiowej, w którą się wcielił – pedagoga i mistrza młodego pokolenia. Sempoliński przez piętnaście lat uczył w warszawskiej PWST na wydziale estradowym: w 1954 roku rozpoczął tam wykłady z interpretacji piosenki, czyli zupełnie  prekursorskiej dyscypliny bez teorii i tradycji na gruncie polskim. Krótkometrażowy film dokumentalny pt. „Pan Profesor” Ludwika Perskiego pokazuje Sempołę, bo tak go tam nazywano, właśnie jako wykładowcę. Jego uczniami byli m.in.: Bogdan Łazuka, Emilia Krakowska, Marian Opania, Piotr Fronczewski, Andrzej Seweryn czy Maciej Englert. Jako mistrz polskiej sztuki estradowej marzył o wykształceniu swoich następców. Nie ukrywał więc zawodu faktem, że większość jego studentów wybierało po szkole teatr dramatyczny zamiast estrady. Z rozżaleniem patrzył na „amatorszczyznę doszczętnie zachwaszczającą ten kwitnący swego czasu rodzaj teatru”.

Zderzenie z awangardą XX wieku

Sztuka awangardowa, która rozgościła się na polskich scenach po wojnie, była dla Sempolińskiego niezrozumiała. Należał już do zupełnie innej epoki i niekonwencjonalne środki wyrazu nie znajdowały jego aprobaty. Mimo to, zaintrygowała go sława jednego z pośród nowych, eksperymentalnych teatrów . Mowa o Teatrze Laboratorium, o którym w późnych latach 60. i 70. było głośno nie tylko w Polsce, ale również (a może przede wszystkim) za granicą. Jego założyciel, Jerzy Grotowski, uważany obecnie za jednego z  największych reformatorów XX wieku w tej dziedzinie, wypracował idee teatru ubogiego czy aktu całkowitego. Takie koncepcje sprawiły, że jego widowiska nie miały wiele wspólnego z tymi, w których przez całe życie grał Sempoliński. Trzeba zresztą zaznaczyć, że teatr Grotowskiego stał się sensacją, która w wielu osobach budziła skrajne emocje.

Teatr Laboratorium od 1965 wystawiał albo we Wrocławiu, gdzie Sempoliński nie bywał, albo za granicą. Kiedy więc w 1971 roku aktor dowiedział się, że teatr będzie po raz pierwszy w Warszawie postanowił sprawdzić, czym aktualnie ekscytuje się teatralny światek. Poszedł na Apocalypsis cum figuris, jak się później okazało ostatnie i najważniejsze przedstawienie tego teatru. Na spektakle Teatru Laboratorium trudno było zdobyć bilet. W przedstawieniu mogła brać udział ściśle ustalona, niezbyt duża liczba osób. Sempolińskiemu udało się je zobaczyć, choć nie było łatwo: Grotowski wytypował po 46 widzów na każdy spektakl, wysłał 46 zaproszeń, nakazał, aby ani jednej osoby więcej nie wpuszczono, i wyjechał. Nie było z kim rozmawiać. Dzięki swojemu dawnemu uczniowi, który teraz grał w Apocalypsis… obejrzał sztukę. We wspomnieniach wyraża się na temat tego teatru bardzo sarkastycznie, nazywając go największym oszustwem teatralnym XXI wieku i antyteatrem, który fascynuje znawców, ale przede wszystkim – snobów. Jak konstatuje: Pogodziłem się więc z tym, że nic nie rozumiem, że nie podziwiam nic i nikogo, i pogodziłem się z tym, że wszystko tu jest nie wiadomo jakie, niezorganizowane, chaotyczne, tandetne i bełkotliwe; zrozumiałem mianowicie, że moje zdumienie i moja niepewność, moja wściekłość i moje obrzydzenie są elementami tej gry o wiele ważniejszymi od odprawianych przede mną procesji, chłost, kopulacji i galopad (…) „Idź i nie wracaj więcej” – te ostatnie słowa gry brzmią jak perfidne zaproszenie. Gdyby tak przy wejściu lub wyjściu każdemu jeszcze dać po mordzie, dopiero by się pchali. Sempoliński uszczypliwie tłumaczył sukces teatru za granicą tym, że nieznajomość języka w niczym nie przeszkadza, bo ze sceny dochodzi jedynie bełkot.

Sempoliński, do którego przylgnął wizerunek dystyngowanego galanta z końca wieku, to postać niegdyś bardzo znana, a obecnie niemal całkowicie zapomniana. Zdaje się, że odszedł w niepamięć wraz z aktorstwem estradowym, które przestało po wojnie kogokolwiek interesować. W czasach PRL-u odwiedził Berlin Zachodni. Wysokie wieżowce, które tam budowano – znak naszych czasów – w pierwszej chwili zrobiły na nim duże wrażenie. Później jednak zmienił zdanie: Nie przypuszczałem, że w krótkim czasie wszystkie miasta, zwłaszcza u nas, będą budowały takie kilkudziesięciopiętrowe pudła, które staną się charakterystyczną zmorą drugiej połowy XX wieku. Nie przystawał do nowoczesności, od początku będąc jedną nogą w XIX wieku. Zmarł w 1981 roku w wieku 82 lat.

 

1K.Krukowski, Moja Warszawka, Warszawa 1957.

Wszystkie cytaty, do których brak przypisu pochodzą z książki Ludwika Sempolińskiego pt. “Druga połowa życia”.

 

Źródła:

Mieczysław Fogg, Od palanta do belcanta, Warszawa 1971

Kazimierz Krukowski, Moja Warszawka, Warszawa 1957

Edward Krasiński, Warszawskie sceny 1918-1939, Warszawa 1976

Ludwik Sempoliński, Druga połowa życia, Warszawa 1985

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz