Temat Teatru Polskiego powraca we Wrocławiu dosyć często. Głównie przy okazji prób odwołania ze stanowiska dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego. Albo pseudokontrowersyjnej premiery. Medialny wizerunek tej placówki to prywatny plac zabaw zadufanego w sobie faceta, który myśli, że jest nietykalny i w nieskończoność będzie wystawiał pornografię za publiczne pieniądze, a wszyscy pracownicy ślepo za nim podążą.

Nie wiem czy możliwy byłby bardziej przerysowany portret dyrektora. W całym sporze o to, czy Mieszkowski powinien być dyrektorem, zapominamy o tym, że swoją funkcję pełni już od dziesięciu lat, podczas których znaczenie sceny Teatru Polskiego stale rosło. Placówka ta stała się przestrzenią twórczą dla najważniejszych nazwisk polskiej dramaturgii i reżyserii teatralnej: duetu Strzępka-Demirski, Lupy, Klaty, Garbaczewskiego, Pokory czy Twarkowskiego (wraz z IP Group). Stale zwiększała się także ilość nagród, jakie zdobywał, a jedno z jego przedstawień miało okazję otworzyć festiwal teatralny w Avinionie (Wycinka w reż. Krystiana Lupy). Jest doceniany zarówno przez środowisko teatralne, jak i widzów (tych, którzy dają sobie szansę chociażby na wejście do środka i obejrzenie przedstawienia).

Teatr Polski jest nie tylko miejscem, gdzie wielkie osobowości przyjeżdżają, aby wystawić równie wielką Sztukę, której zrozumienie przychodzi widzom z wielkim trudem. Oprócz „standardowej” działalności stwarza również przestrzeń do dialogu, m.in. cykl Czynnych Poniedziałków (czytania, magle teatralne, filmowe czy literackie). Miejsce do dyskusji o tym, co aktualne, co dotyczy nas wszystkich. Teatr społeczny, a nie jakiś nadmuchany twór, do którego wstęp mają tylko znawcy. To także, pod względem finansowym, najbardziej przystępny teatr we Wrocławiu – akcja Sztukobranie (czyli możliwość zdobycia biletów na wybrane spektakle za jedyne 15 zł) cieszy się całkiem sporym powodzeniem, a studenci kierunków humanistycznych mogą liczyć na zniżki. Wszystkie te czynniki sprawiają, że udział w życiu teatralnym jest właściwie na każdą kieszeń.

Główny zarzut, przed jakim notorycznie jest stawiany Mieszkowski, to ten o braku racjonalnego zarządzania stroną finansową teatru. Placówka stale jest pod kreską, co dyrektor tłumaczy faktem, że to nie brak rozsądku w kwestii wydawania funduszy, ale po prostu ich zbyt mała ilość, jest tego przyczyną. Wszyscy wiemy, że kapitału włożonego w szeroko rozumianą kulturę nie można wprost przełożyć na późniejszy zarobek. Jest to machina dużo bardziej skomplikowana, i tym ostrożniej powinniśmy podchodzić do wprowadzania w nią zmian. I zamiast wiecznie coś atakować, bo „niezrozumiałe, gorszące, za drogie”, próbować zrozumieć. Pamiętajmy, że samą ideą nie stworzymy ważnego miejsca w przestrzeni miejskiej.

Wydaję się więc, że główną przyczyną napięcia na linii Mieszkowski-wojewoda dolnośląski, jest zupełny brak dialogu i zainteresowania tym, co naprawdę Teatr Polski robi. O ile w przypadku premiery „Śmierci i dziewczyny” Eweliny Marciniak szum był niemały, a przez Polskę przetoczyła się istna awantura o to, co moralne i dozwolone w przestrzeni publicznej i za publiczne pieniądze, to ostatnia premiera Teatru Polskiego, czyli wystawiony, po raz pierwszy w historii, cały tekst „Dziadów” Mickiewicza, przeszła właściwie bez większego echa w mediach ogólnopolskich. TVN wyemitował krótką relację, a na premierze była reporterka telewizji Wrocław oraz liczna reprezentacja prasy lokalnej, nie widziałam jednak obrońców moralności z telewizji Trwam, którzy jeszcze kilka tygodni wcześniej próbowali zdefiniować, czym jest sztuka. W Internecie, pod niektórymi recenzjami „Dziadów” Zadary, można znaleźć nieliczne wypowiedzi o profanacji tradycji narodowej. Ich autorami są ludzie, którzy wręcz szczycą się tym, że inscenizacji nie widzieli.

I tak to się odbywa. Mieszkowski swoje, zwolennicy swoje, przeciwnicy jeszcze coś innego. Istnieje jednak bardzo duże niebezpieczeństwo związane z obcięciem finansowania Teatrowi Polskiemu. Coś, o czym coraz głośniej mówi się w odniesieniu do życia teatralnego Nowego Jorku. Chodzi o dosyć ciekawe zjawisko. Tamtejsze instytucje nie mogą liczyć na wparcie finansowe ze strony miasta, stanu czy państwa. Są zmuszone do zbierania funduszy na własną rękę (analogicznie do teatrów prywatnych w Polsce). W tym momencie wchodzą w dość brutalny świat kapitalizmu, gdzie zysk sprowadza się do liczb na koniec miesiąca lub roku. Rzadko mogą sobie pozwolić na eksperymenty, na projekty niszowe. Spektakl, który nie zostaje wyprzedany, nie może liczyć na miano udanego. Być może krytycy będą się nad nim rozpływać, ale brak pełnej widowni niemal natychmiast dyskwalifikuje takie przedstawienie w walce o czas na deskach teatru. Aktorów trzeba opłacić, rachunki także, a brak masowego sukcesu tego nie pokryje. Dlatego też bardzo częstą praktyką są otwarte próby spektakli, które sprawdzają zainteresowanie daną sztuką i dają przepustkę na afisz. Projekty, które nie są zbieżne z gustami widzów, szybko trafiają do szuflady. Jest to główny powód tego, że sztuka staje się miałka. Wybiera bezpieczne tematy, sprawdzone. Nie ma tam miejsca na poszukiwanie, a co za tym idzie –  na dialog z publicznością. Zakłada on bowiem jakiś proces rozłożony w czasie, a jak wiemy, czas to pieniądz! Nie możemy pozwolić sobie na debatę – widz ma zapłacić, obejrzeć, miło spędzić czas, i najczęściej, zapomnieć. W ten sposób nie buduje się żadna tradycja teatralna. Każde przedstawienie to osobny byt – mniej lub bardziej opłacalny. Teatry działają tam na zasadzie producentów kultury masowej. Nie mówię, że to, co masowe, automatycznie jest słabe, ale nie oszukujmy się, niewiele tam miejsca na wybitność. A tę często można ocenić dopiero po czasie. Może nie wszyscy pamiętają, ale premierę Wycinki uratował sam Dutkiewicz, przeznaczając na nią sumę 200 tys. zł z budżetu miasta. Aktualnie jest to jedno z najlepszych przestawień Tpl. Czy jakikolwiek prywatny sponsor podjął by się takiej dotacji?

Szanujmy więc to, co po latach ciężkiej pracy, nie tylko Mieszkowskiego, ale całej załogi Teatru Polskiego, udało się osiągnąć. To, że chcą z nami, widzami, rozmawiać poprzez medium w którym dobrze się czują – teatr. Chrońmy to, co nasze (wrocławskie, polskie), a przede wszystkim – to, co dobre.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o

wpDiscuz